„Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie?” Artykuł do Polskiej Ziemi nr 4

Sytuacja w polskiej produkcji trzody chlewnej jest katastrofalna. Nasz kraj, który szczycił się wyrobami kulinarnymi opartymi na najwyższej jakości wieprzowinie, a polskie szynki, bekon i kiełbasy były ozdobą stołów europejskich, czy amerykańskich, od kilku lat stał się ogromnym importerem mięsa wieprzowego. Tak się jakoś dziwnie składa, że upadek produkcji trzody chlewnej przypada na czas rządów obecnej koalicji PO-PSL, opowiadającej Polakom bajki o „zielonej wyspie” oraz o kwitnącym, oczywiście za sprawą rządzących, polskim rolnictwie. A więc mówmy o faktach, nie o propagandowych bajeczkach. Według danych GUS na koniec marca 2012 r. pogłowie trzody chlewnej liczyło 11478,0 tys. sztuk, wykazując spadek o 12,4% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Między latami najlepszymi, a stanem obecnym jest przepaść Zmniejszyła się liczebność wszystkich grup struktury stada świń, a najbardziej prosiąt, warchlaków i macior. Osiągnęliśmy stan pogłowia wczesno powojenny, nieodbudowany po grabieży wojennej polskiej wsi, kiedy to naszą świnię zabijali i zjadali zarówno żołnierze Wehrmachtu jak i Krasnoj Armii, a Polacy za domowy ubój karani byli śmiercią.

Jak podaje / Trzoda Chlewna (2012) nr 3/ prof. dr hab. Zygmunt Pejsak z Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach, najbardziej bodaj znany naukowiec specjalizujący się w produkcji trzody chlewnej, w ostatnim czasie „ z produkcji wypadają przede wszystkim małe gospodarstwa i produkujące prosięta”. Przyczyn spadku pogłowia jest wiele. Na pewno należą do nich m.in. rozdrobniona struktura stad, spadek opłacalności spowodowany wysokimi cenami zbóż paszowych (przyszłość nie jest optymistyczna), oraz gorszy poziom wykształcenia i umiejętności polskich rolników. Jednak znaczna część przyczyn, a twierdzę, że część dominująca, leży po stronie rządu. Profesor Pejsak do najważniejszych zaniedbań zalicza przede wszystkim brak dalekowzrocznej polityki Ministerstwa Rolnictwa w odniesieniu do omawianego sektora produkcji zwierzęcej. Myślę, że głos takiego fachowca powinien być poważnie potraktowany, teraz już nie przez niesławnej pamięci ministra Sawickiego, ale przez nowego kierownika resortu, ministra Stanisława Kalembę.

Zdaniem profesora Pejsaka, czołowego, powtórzę, specjalisty z branży trzeba uprościć „nieprzyjazny mechanizm uzgadniania szczegółów związanych z modernizacją czy budową lub rozbudową chlewni, wytwórni pasz lub ubojni, przejawiający się zwłaszcza w czaso- i kosztochłonnych procedurach oraz wymuszaniu przez kontrolujących rozwiązań bardzo kosztownych, niestosowanych w większości krajów UE.” Obecnie tylko najbardziej zdeterminowani są w stanie przebrnąć głupie, biurokratyczne procedury. Konieczne jest „uruchomienie możliwych prawnie instrumentów polityki krajowej, które w wielu krajach zostały wprowadzone w postaci różnych uregulowań, między innymi w celu poprawy konkurencyjności produkcji, poprzez bezpośrednie lub pośrednie obniżenie kosztów produkcji.”A więc, zdaniem specjalistów, nie tylko „oglądanie się” na Unię, ale szukanie rozwiązań krajowych, sprawdzonych u innych członków UE, jest obowiązkiem rządu. Przykłady? Proszę bardzo. Producenci duńscy uzyskali zgodę UE na stosowanie w paszy dla prosiąt odsadzanych tlenku cynku, ograniczającego powszechne występowanie biegunek u prosiąt odsadzonych i poprawiającego wykorzystanie paszy. Kilka krajów wprowadziło dopłaty do biogazowni, wykorzystujących odchody zwierzęce i odpady z przemysłu rolno-spożywczego. Dla poprawienia zdrowotności stad stosowane są dopłaty do programów zwalczania ważnych ekonomicznie chorób świń, np. mykoplazmowego zapalenia płuc. Polscy urzędnicy przesadnie interpretują regulacje administracyjne, na przykład w zakresie stosowania pasz leczniczych, przy pomocy których można przeprowadzać np. odrobaczanie. Pytanie – po co to robią? Czy chcą być „świętsi od papieża”? Pan Profesor podkreśla potrzebę nieustannego podnoszenia wiedzy dotyczącej hodowli i chowu trzody chlewnej. Niestety, Ośrodki Doradztwa Rolniczego, niszczone reorganizacjami, które mają chyba na celu rozszerzenie nadzoru partyjnego „partii chłopskiej” nad kolejną instytucją, „praktycznie zaprzestały działalności w zakresie aktualizowania i podnoszenia profesjonalnej wiedzy hodowców i producentów świń”. W produkcji trzody chlewnej o opłacalności decyduje również poziom cen pasz. Czy zatem logiczne jest uzależnienie produkcji pasz w Polsce od importu 2,5 mln ton modyfikowanej genetycznie soi, za którą nasz kraj (producenci trzody) płaci ok. 4 mld zł rocznie. Soja rok do roku podrożała o ponad 100%, a susze w USA i spadek jej produkcji zapowiadają dalszy wzrost cen na rynku światowym. Oczywiście nikt znający sytuację w branży nie mówi o rozwiązaniach radykalnych, ale trzeba zrobić wszystko, by wykorzystać w jak największym stopniu rodzime źródła białka, takie jak rośliny strączkowe, suszony wywar gorzelniany, śruty i makuchy roślin oleistych, a także jak najszybciej mączki mięsno-kostne. Działań obecnego rządu w zakresie rozwoju rolnictwa poprzez wykorzystanie krajowych źródeł białka właściwie producenci trzody nie dostrzegają. Zamiast producentów rolnych „kasę trzepią” międzynarodowe koncerny, które za zgodą rządu zmonopolizowały rynek komponentów paszowych w Polsce. Ciekawe z kim są powiązane?

Politycy koalicji rządzącej chwalą się wzrostem eksportu artykułów rolno-spożywczych. Czy rzeczywiście wynika to z jakiejś szczególnej działalności resortu rolnictwa? Niestety raczej nie, bo profesor Pejsak dostrzega „brak istotnego wsparcia ze strony Państwa, a także samych zainteresowanych dla promocji polskiej wieprzowiny na rynku krajowym i międzynarodowym”. Nie widzi, wbrew propagandowym zapewnieniom niedawnego szefa resortu „ skutecznych działań w zakresie zdobywania obcych rynków zbytu, w tym przede wszystkim rynków poza UE . Obserwując działania prowadzone przez odpowiedzialnych za to przedstawicieli innych wysoko rozwiniętych krajów UE, zauważa szczególne zaniedbania w tym względzie ze strony naszych placówek dyplomatycznych, funkcjonujących w krajach importujących świnie i wieprzowinę”.

To, czym obecny rząd może się „pochwalić”, to brak elementarnej ochrony polskiego rynku przed żywnością i surowcami marnej jakości. Znowu za profesorem Pejsakiem: „Kraje UE wypracowały różne – pośrednie i bezpośrednie – mechanizmy ochrony rynków przed nadmiernym importem mięsa i świń. Natomiast my prowadzimy solidny monitoring np. na zawartość antybiotyków w tuszach świń wyprodukowanych w Polsce, ale nie monitorujemy zawartości antybiotyków w mięsie importowanym”. Poza tym, w 2011 roku, „rozwiązaliśmy” problem wieprzowiny w Niemczech po aferze dioksynowej, sprowadzając do Polski prawie 400 tys. ton mięsa z tego kraju. Niemcy panu ministrowi Sawickiemu za taką konstruktywną postawę, czyli nakarmienie polskiego społeczeństwa mięsem „made in Germany” serdecznie dziękowali. Myślę, że polscy rolnicy, w tym także producenci trzody, politykom PSL i PO za takie działania „podziękują” już niedługo. Rynek trzody jak w soczewce pokazuje nieudolność rządzących. Przypominają się słowa piosenki Wojciecha Młynarskiego: „Co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu jeszcze…?” A chwalenie się sukcesami przypomina przysłowie: „Samochwała w kącie stała”. Chyba czas do kąta…

Responses are currently closed, but you can trackback from your own site.

Comments are closed.