Artykuł dla czasopisma „Nowa Wieś Europejska”, wrzesień 2012 r.

Oj dzieje się, dzieje w Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi Sejmu. Na posiedzeniach podejmujemy najważniejsze tematy nurtujące wieś. Komisja stara się dociec, jaki jest pomysł rządu i koalicji na przyszłość rolnictwa. Czy jest strategia negocjacji w ramach nowej perspektywy finansowej, bo działania byłego ministra Marka Sawickiego, nastawione na PR (patrz: kosztowne spoty reklamowe w czasie Euro2012), przyniosły efekty mizerne? Czy rząd zamierza podejmować jakiekolwiek kroki na poszczególnych rynkach, by zwiększyć produktywność rolnictwa, czy przeciwnie – będziemy kolejne obszary uzależniali od importu? Jak funkcjonują instytucje rządowe odpowiedzialne za sprawy wsi („taśmy PSL” mogą budzić strach o ich sprawność i wstyd ze względu na upartyjnienie)? Jaka jest kondycja organizacji rolniczych, ich finansowanie i skuteczność w reprezentowaniu rolnika, szczególnie biorąc pod uwagę „rewelacje” o Kółkach Rolniczych i ich prezesie? Komisja często sięga po dezyderat, czyli zwrócenie się do rządu (premiera lub ministrów) z przedstawieniem problemu, sugestią jego rozwiązania i oczekiwaniem propozycji rządowych. Komisja Rolnictwa w ciągu kilku miesięcy skierowała już kilkanaście dezyderatów. Jednak odpowiedzi, jakie otrzymuje są niesatysfakcjonujące posłów i rolników. Słyszymy, że rząd dostrzega problem, „w pocie czoła” się nad nim pochyla, jednak sprawy są trudne i nie należy spodziewać się szybkich rozwiązań. Takie odpowiedzi są wprost kpiną z Parlamentu. Dlatego na jednym z ostatnich posiedzeń posłowie odrzucili wszystkie otrzymane od rządu odpowiedzi. Znaczna część Komisji nie zamierza przykładać ręki do „chocholego tańca” bezradności, niekompetencji, partyjniactwa dominujących w działaniach rządu.

Czasami bojąc się reakcji, koalicja PO-PSL przeprowadza swoje decyzje z pominięciem głosu posłów znających się na rolnictwie. Tak było np. z ustawą o paszach. Rząd uzależnił produkcję mięsa drobiowego, wieprzowego i jaj praktycznie w całości od importowanej soi. Niedawno w ekspresowym tempie, pomijając dyskusję w Komisji, posłowie koalicji przyjęli nowelizację ustawy wydłużającą do 2017 r. zgodę na import modyfikowanych genetycznie komponentów do produkcji pasz. Oznacza to, że głównym komponentem białkowym w paszach będzie soja GMO. Politycy koalicji, demagogicznie twierdzili, że chodzi o dobro hodowców i producentów zwierząt, a także straszyli konsumentów, że bez soi GMO wzrosną ceny mięsa i jaj. Choć żadnych wiarygodnych danych na ten temat nie ma, to strach został wywołany. Szczególnie u ludzi, którzy ledwo wiążą koniec z końcem.

Oczywiście do spraw produkcji rolnej należy podchodzić z rozwagą i nikt nie oczekiwał, by natychmiast zakazać importu soi GMO. Zastanówmy się jednak, komu obecny stan rzeczy służy, czy ma to coś wspólnego z dobrem polskich rolników i konsumentów?

Na świecie do produkcji pasz używa się wielu różnych komponentów zawierających białko. W USA podstawą białka jest suszony wywar gorzelniany (tzw. DDGS ) powstający przy produkcji spirytusu kukurydzianego używanego do biopaliw. Znakomitym źródłem białka dla różnych gatunków zwierząt są śruty poekstrakcyjne i makuchy roślin oleistych, w przypadku Polski głównie rzepakowe. Należy przekonać także KE by przywróciła niezwłocznie skarmianie krzyżowe (dla drobiu i trzody) najwartościowszego białka z mączek mięsno-kostnych. Ogromnym źródłem białka do produkcji pasz są rośliny motylkowate. Dla polskiego rolnictwa wykorzystanie produktów z przetwórstwa rolno-spożywczego (wywar, śruty i makuchy, a w niedalekiej przyszłości mączki mięsno-kostne), a także zwiększenie uprawy roślin białkowych byłoby ogromną szansą i dostarczyłoby wielomiliardowych dochodów.

Polska nauka oferuje szereg rozwiązań dotyczących uprawy, przetwórstwa, poprawy strawności, eliminacji substancji antyżywieniowych z roślin strączkowych. Naukowcy proponują różnorodne receptury paszowe na zbilansowane pod względem aminokwasowym i energetycznym pasze zawierające surowce z Polski.

Jednak w ostatnich latach uzależniono wytwarzanie pasz od importu rocznie około 2,5 mln ton soi GMO. Płacimy za to jako kraj 4 mld zł. Cena soi wzrosła w ciągu roku o ponad 100%, a susze w USA zapowiadają dalszy wzrost cen i zmniejszenie dostaw. Zamiast „dać zarobić” polskim rolnikom, którzy mogliby produkować podstawowe składniki paszowe, to rząd „nabija kabzę” międzynarodowym koncernom. Zaopatrzenie polskiego rynku w mięso i jaja zależne jest od importu soi, który, z powodu klęsk żywiołowych czy strategii sprzedaży monopolistów, może ulec załamaniu.

Takiej sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa żywnościowego i uzależnienia go od importu składników pasz nie mieliśmy od kilkudziesięciu lat. Wprowadzony przez PiS w 2006 r. zakaz importu soi GMO, dający możliwość stopniowego odchodzenia od uzależnienia zaopatrzenia rynku w żywność pochodzenia zwierzęcego od zagranicznych dostaw został złamany. Możliwość wyżywienia narodu przez polskich rolników jest przez obecny rząd ograniczana i niszczona. Czyim interesom to służy? Kto podpowiada rządzącym takie rozwiązania? Kto zarabia na niszczeniu polskiego rolnictwa?

Responses are currently closed, but you can trackback from your own site.

Comments are closed.