Wystąpienia posła na posiedzeniu Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi w dniu 12 lipca 2012 r.

1. Panie przewodniczący, Wysoka Komisjo. Dezyderat również został uzgodniony z człon­kami prezydium Komisji. Przeczytam: „Dezyderat Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi do Prezesa Rady Ministrów w sprawie braku możliwości stosowania podstawowych substancji dodatkowych do wyrobów wi­niarskich oraz kolizji polskich przepisów, uniemożliwiających właściwe stosowanie pra­wa przez polskich przedsiębiorców, uchwalony na posiedzeniu w dniu 12 lipca 2012 r.

Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi na posiedzeniu w dniu 11 lipca 2012 r. zapoznała się z informacją o braku możliwości zgodnego z prawem stosowania podstawowych sub­stancji dodatkowych do wyrobów winiarskich, produkowanych w Polsce. Odpowiednie przepisy prawa krajowego, czyli rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 14 stycznia 2009 r. przestały obowiązywać z dniem 2 lutego 2011 r. Nowe przepisy załącznika II do rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 1333/2008 zaczną obowiązy­wać obligatoryjnie dopiero od 1 czerwca 2013 roku. Stan ten spowodował lukę prawną, która sprawia, że polscy przedsiębiorcy ponoszą niezawinione przez siebie straty.

Utrzymywanie niedostosowania polskich przepisów prawnych w tym zakresie, nie­wymuszone przepisami UE ani ochroną jakichkolwiek wartości lub czyichkolwiek praw, skutkować będzie utratą realizowanych kontraktów produkcyjno-handlowych, utratą oferty produkcyjnej dla specyficznych grup odbiorców, np. diabetyków, stratami z ty­tułu konieczności stosowania innych, droższych substancji, niż używane dotychczas. Sytuacja ta prowadzi do zmniejszenia wpływów podatkowych państwa oraz grozi utratą miejsc pracy w sektorze wyrobów winiarskich. Kuriozalne jest również to, że polscy przedsiębiorcy zostali pozbawieni możliwości stosowania substancji dodatkowych, któ­re cały czas mogą być używane przez ich europejskich konkurentów.

Podejmowane przez posłów i Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi próby rozwią­zania luki prawnej, ze względu na niezrozumiałe i szkodliwe dla polskiej gospodarki zaniedbania ze strony Głównego Inspektora Sanitarnego, nie przyniosły rezultatu. Na­leży dodać, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych monitorujące harmonizację prawa krajowego z przepisami unijnymi widzi możliwość wcześniejszego stosowania substan­cji dodatkowych, przed terminem wejścia w życie przepisów załącznika nr II do rozpo­rządzenia 1333/2008.

W związku z zaistniałą sytuacją Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi wnioskuje o pod­jęcie działań, prowadzących do skoordynowania prac poszczególnych resortów i pod­ległych im instytucji, w celu niezwłocznego wyeliminowania dyskryminacji polskich przedsiębiorców w branży winiarskiej.”

2. Pozwolę sobie teraz głosu udzielić. Proszę państwa, ta bardzo ciekawa dyskusja – cieszę się, że mogę w niej brać udział – koncentruje się przede wszystkim na tym, jak wykorzystać potencjał polskiego rolnictwa do produkcji żywności według zmie­niających się również oczekiwań i kryteriów XXI wieku. Jestem przekonany, że polskie rolnictwo jest w stanie produkować odpowiednią ilość komponentów paszowych, zarów­no białkowych, jak i energetycznych. W tej chwili większym problemem są komponenty białkowe, ale przecież przypomnę, że w latach 70-tych i 80-tych to import amerykań­skiej kukurydzy decydował o produkcji mięsa i jaj w Polsce. Byliśmy uzależnieni od ku­kurydzy i to prezydent Stanów Zjednoczonych decydował o tym, jaka będzie produkcja zwierzęca w krajach tzw. demokracji ludowej – cokolwiek to znaczyło.

W tej chwili uzależniliśmy się – i to nie dotyczy tylko Polski, ale tu mamy jakiś obszar do decydowania. Parlament polski, rząd polski może w tej sprawie podejmować określo­ne działania. Uzależniliśmy się od zewnętrznych źródeł białka. Doszło do absurdu. Su­werenność żywnościowa Polski w zakresie produkcji zwierzęcej zależy od tego, czy kilka globalnych amerykańskich firm, które zajmują się handlem soją, sprzeda nam te dwa, w tej chwili już 2,5 mln ton soi, czy też nie. Uzależniliśmy naszą produkcję zwierzęcą od dostaw zewnętrznych, które mogą z różnych powodów – i związanych ze zmianami klimatycznymi i katastrofami przyrodniczymi, ale również grą giełdową, spekulacjami, działaniami strategicznymi, których nie ma czasu, by szerzej omawiać – może doprowa­dzić do tego, że tej soi zabraknie.

I bardzo wyraźnie chcę podkreślić, że nie mówię na razie o GMO. Zdaję sobie sprawę, że ono wywołuje różną reakcję. Pewnie ta dyskusja trwałaby dużo dłużej, niż mamy na to przyznaną przez panią marszałek salę. Ale chcę powiedzieć, że to właśnie pretekst, jakim jest GMO w soi, może być podstawą do ograniczenia importu soi. Proszę na to zwrócić uwagę. Kiedy w 2006 r. ówczesny parlament, ówczesny rząd Prawa i Sprawie­dliwości proponował wprowadzenie zakazu importu soi modyfikowanej, to głównie po to, by pozwolić polskiemu rolnictwu, by dać szansę polskiemu rolnictwu na produkcję białka ze źródeł krajowych. Dwuletnie vacatio legis, które wtedy zostało wprowadzone, było za krótkie. Teraz z perspektywy lat widać, że za krótkie. Dlatego w 2008 r. nikt nie protestował o przedłużenie o 4 lata. Ale te cztery lata miały być wykorzystane na intensywne prace w celu jak największego ograniczenia uzależnienia od zewnętrznych źródeł białka.

To dotyczyło i programu – choć on wszedł w życie później – programu produkcji ro­ślin motylkowatych; będę się tej poprawnej nazwy systematycznej trzymał. I wykorzy­stania większego, niż do tej pory, śrut poekstrakcyjnych rzepakowych czy też makuchów rzepakowych – kolega Młodecki o tym mówił. Tu miała być interakcja między rozwojem produkcji biopaliw – w oparciu przede wszystkim o rzepak – a wykorzystaniem tych śrut bądź makuchów rzepakowych do pasz. Przecież to było przemyślane. To miało być elementem spinającym w dużej mierze polski rynek produkcji pasz z polską produkcją podstawową, z produkcją roślinną.

Oczywiście możemy mówić o gorszej strawności, o substancjach antyżywieniowych, ale przecież istnieją również metody ograniczenia, a nawet wyeliminowania czy sub­stancji antyżywieniowych, czy też poprawienia strawności poprzez czy ekstrudowanie, czy toastowanie, czy różne inne zabiegi fizyczne, ciśnieniowe, termiczne itd. Zresztąo tym tu któryś z panów wspominał.

Po co to wszystko miało być? Ano po to, żebyśmy nie musieli wydawać miliardów na import czegoś, co możemy wytworzyć w Polsce. W tej chwili według danych, które tu były w Sejmie przytaczane, potwierdził je pan minister Sawicki, wydajemy ok. 4 mld zł rocznie na import soi. Te pieniądze mogłyby pozostać w polskim rolnictwie. Mogłyby zasilić ubo­żejącą kasę polskich rolników. Mogłyby być elementem do wykorzystania na coraz więk­szej powierzchni gruntów porzuconych, odłogowanych, pozostających w marnej kondycji – również ze względu na sytuację ekonomiczną gospodarstw. Te działania przez cztery lata nie zostały właściwie w żaden sposób zrealizowane – poza tym programem.

Dobrze, że on jest i ja się cieszę, że ten program się rozwija. Ale biorąc pod uwagę również niski stopień rozmnażania roślin strączkowych trzeba brać pod uwagę różne inne elementy tego programu, a nie tylko działać w oparciu o same rośliny strączko­we, chociaż one będą tutaj zapewne elementem ważnym czy jednym z najważniejszych. Cztery lata zostały zmarnowane. Tylko pogłębiła się zależność od monopolu kilku kon­cernów, które oczywiście zrobią wszystko, żeby nie dopuścić do rozwoju produkcji krajo­wej. A także do tego, by uniezależnić się, albo przynajmniej zmniejszyć uzależnienie od importu – głównie z Brazylii, Argentyny, Paragwaju czy też z Ameryki Płn.

Pytanie pani poseł – co ma zrobić rolnik, który trochę łubinu uprawi, trochę gro­chu. W tej sytuacji monopolu, jaki jest w tej chwili w zakresie komponentów białkowych – nic ten rolnik nie zrobi. Poza tym, że może zacząć wytwarzać paszę u siebie. I może do tego powinniśmy również zachęcać wielu rolników, by produkowali sami – w oparciu o produkowane w gospodarstwach komponenty, wzbogacone ewentualnie aminokwasa­mi syntetycznymi, poprawiającymi skład aminokwasów egzogennych.

Ale co zrobić z fermami, które w żaden sposób nie są powiązane z powierzchnią swo­jego gospodarstwa? Bo ten sektor wywiera największy nacisk – również na parlament, na nas – by nie wprowadzać żadnych, podkreślam to – żadnych ograniczeń w imporcie soi. Za chwilę tej soi będziemy potrzebowali pewnie 3 mln ton, a może 4 mln ton. Jesz­cze raz powtórzę – doprowadziliśmy sytuację w polskim rolnictwie do absurdu. Do mnie wydzwaniali przedstawiciele wielkich zakładów drobiarskich, wielkich ferm mówiąc, że każdy, kto podnosi rękę na soję importowaną do Polski, szkodzi polskiemu rolnictwu. Tu się od razu mówi o wzroście cen żywności, mięsa, jaj. Straszy się ludzi. Podaje się jakieś parametry wzrostu cen wzięte z księżyca, wyssane z palca czy wzięte z sufitu.

Proszę państwa, wydaje mi się, że jest czas, jest czas, by zacząć rozmawiać o tym, jak Polska powinna wykorzystać swoją szansę, swój potencjał. Tym bardziej tutaj jest po­trzebne zdecydowane stanowisko ministra rolnictwa, który dysponuje i możliwościami, i narzędziami, i również inicjatywą. Bo to przecież nie powinno się odbywać bez strate­gii ze strony rządu. Bardzo źle, jeśli minister rolnictwa posługuje się grupą posłów dla wprowadzenia zmian ustawowych – tylko po to, by uniknąć np. debaty publicznej na ten temat. Tak, jak ma to w tej chwili związek z ustawą o paszach, którą jutro będziemy głosowali. Nie mam żadnych złudzeń, że koalicja tę ustawę przyjmie. Ale pan minister rolnictwa powinien tu bardzo zdecydowanie się wypowiadać. Z jednej strony mówi, że jest przeciwny – teraz wrócę do tego GMO. Wysłał nawet, przynajmniej taka informa­cja się w mediach ukazała, do Brukseli wniosek o zakaz uprawy kukurydzy MON810. A z drugiej strony nic przez cztery lata nie uczynił, by uniezależnić Polskę albo bardzo mocno ograniczyć nasz rynek od produktów zawierających soję.

Myślę, że oprócz działań krajowych można pokusić się tu o parę propozycji, które mogłyby być przedstawione jako polskie pomysły w UE. Jest dyskusja na temat przy­szłego mechanizmu wsparcia rolnictwa na następną perspektywę 2014-2020. Na pewno należy zrobić wszystko, by w powierzchniach objętych zazielenieniem, tym greenin­giem, uwzględnić rośliny motylkowate. Żeby uprawa roślin motylkowatych wypełniała definicjęzazielenienia.Todajerównieżogromneprzełożenieizachętędlarolników,byzwiększyć uprawę tych roślin. Wydaje mi się, że biorąc pod uwagę również korzystny udział roślin motylkowatych w bilansie substancji organicznej w glebie, o czym też była mowa, nie będzie chyba specjalnie trudno, by KE do tego przekonywać.

Również może należałoby pewną rzecz rozważyć, biorąc pod uwagę propozycje KE – choć one nie są jeszcze doprecyzowane – o zdywersyfikowaniu upraw w gospodarstwie i konieczności posiadania co najmniej trzech gatunków w gospodarstwie o powierzchni minimum od 5% do maksymalnie 70%. Może należałoby rozważyć, by jedną z roślin, które będą w tym gospodarstwie uprawiane – ja wiem, że to jest trochę administracyjne decydowanie o strukturze zasiewów – ale może należałoby rozważyć, by jedną z tych roślin była roślina białkowa. Na pewno nie wolno siedzieć, czekać i oczekiwać, że samo się rozwiąże. Samo się nic nie rozwiąże. Będziemy się uzależniali od soi amerykańskiej – soi będącej we władaniu firm amerykańskich, bo ona może być w różnych częściach świata uprawiana.

To jest pytanie do panów profesorów, bo to nie padło – może nie usłyszałem, bo mu­siałem również wychodzić – czy Polska i nasze rolnictwo, i ci, którzy uważają, że bez soi nie da rady zrobić paszy, mogą wiązać nadzieję z soją? A dziesiątki lat produkowaliśmy na dobrym poziomie, nie mając dostępu do soi. A więc czy jest możliwe istotne zwięk­szenie uprawy soi w Polsce? Bo słyszymy informacje – a ja chciałbym mieć pewność – o bardzo korzystnych parametrach jednej z odmian, ukraińskiej odmiany Anuszka. Ta odmiana plonuje – przynajmniej takie informacje są przekazywane – na poziomie 2-2,5 tony z hektara, czyli znacznie lepiej, niż soja w Stanach Zjednoczonych. Może być uprawiana na terenie całego kraju. Ma krótki okres wegetacji i posadowienie pierw­szego strąka na wysokości 15 cm, czyli nadaje się do zbioru kombajnem. Jeżeli to by było prawdą, to ja chcę państwa poinformować, że w uprawie nasiennej – na tyle, na ile dostałem informację od nasienników – jest w tej chwili ok. 500 ha tej odmiany. Około 1,5 tys. w uprawach towarowych. Więc możliwość rozwoju uprawy soi w Polsce byłaby pozytywną odpowiedzią dla tych, którzy uważają, że nie da rady zrobić paszy w Polsce bez soi. Dziękuję bardzo.

3. Panie profesorze, nie zaczynamy wszystkiego od zera. To nie jest tak, że zaczynamy w Polsce opcją zerową i będziemy teraz dopiero, tak jak na pustyni, za­czynali badania naukowe – bo wydaje się, że duże osiągnięcia polskiej nauki powinny być przyjęte i wykorzystane. Także ta dyskusja, którą będziemy kontynuowali również w podkomisji, która będzie powołana podczas przyszłego posiedzenia Sejmu, to jest dys­kusja, jaki typ rolnictwa, jaki model rolnictwa realizować w Polsce. I również – na czym ma się opierać nasza konkurencyjność. Czy my mamy konkurować z Brazylią, która ma 350 mln ha? A my, naprężając muskuły, mamy pod pługiem 11 mln ha w tej chwili. Czy my mamy konkurować z Brazylią? Czy może powinniśmy promować taki typ rolnictwa, który da nam realną przewagę na rynkach światowych w zakresie rozpoznawalności naszych produktów? To jest dyskusja rzeczywiście pasjonująca i dużo szersza, niż tylko to, o czym tutaj mówiliśmy.

Responses are currently closed, but you can trackback from your own site.

Comments are closed.