Wystąpienia posła Jana Krzysztofa Ardanowskiego w debacie parlamentarnej w dniu 27 czerwca 2012 r.

Pierwsze czytanie poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o paszach

 

 

1. Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo! Chciałbym przedstawić opinię Klubu Parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość dotyczącą ustawy o zmianie ustawy o paszach. Przypomnę, że kiedy w 2006 r. parlament decydował się na wprowadzenie zakazu wytwarzania i importu pasz zawierających GMO, kierując się i zasadą przezorności, i opinią społeczną, dał odpowiedni czas, by przygotować polski rynek pasz do zmian. W 2008 r. parlament podjął decyzję o wydłużeniu okresu niestosowania zakazu o następne 4 lata, oczekując, że rząd Rzeczypospolitej przygotuje odpowiednie rozwiązania organizacyjne, prawne, ekonomiczne, które sprawią, że nie będzie potrzeby importu soi modyfikowanej w takich ilościach.

Chciałbym dzisiaj mniej mówić o aspekcie zdrowotnym związanym z GMO, bo zdanie Prawa i Sprawiedliwości jest w tej materii i jasne, i oczywiste. Dane naukowe, opinia społeczna, zasada przezorności, która powinna wszystkich nas obowiązywać, każą jednoznacznie być przeciwko uprawom GMO, a także zalewaniu polskiego rynku produktami zawierającymi GMO. Chciałbym skoncentrować na aspektach strategicznych związanych z bezpieczeństwem żywnościowym i suwerennością żywnościową oraz aspektach ekonomicznych dla polskiego rolnictwa, bo do takiej dyskusji również zachęcał przedstawiciel wnioskodawców.

Chciałbym wyraźnie powiedzieć, że państwo polskie winno dbać o zapewnienie odpowiedniej podaży żywności o wysokiej jakości, w tym również mięsa i jaj. Z uzasadnienia i wypowiedzi wnioskodawców wynika, że stan zaopatrzenia w mięso w Polsce zależy od importu ok. 2 mln t soi modyfikowanej. A co by się stało, jeżeli z różnych powodów, zarówno związanych z klęskami żywiołowymi, jak i świadomą decyzją kilku firm, które są monopolistami w zakresie obrotu soją na świecie, tej soi by zabrakło? Czy wtedy dopuścilibyśmy do tego, by po prostu tej żywności w Polsce nie było? Jestem przekonany, że zgoda na import w takiej skali z zewnętrznych, leżących poza Polską źródeł zaopatrzenia komponentów paszowych, w szczególności białkowych, musi budzić niepokój. Import zagraża polskiej suwerenności żywnościowej.

Zdaniem wnioskodawców jesteśmy w sytuacji bez alternatywy, a alternatywy są. Alternatywą jest produkcja roślin motylkowatych zarówno grubo-, jak i drobnonasiennych. Ogromną nadzieję budzi uprawa soi w Polsce, w szczególności ukraińskiej odmiany Anuszka, która jest w tej chwili uprawiana na 1,5 tys. ha. Plonuje ona zdecydowanie lepiej niż soja w Ameryce czy w Ameryce Południowej i może być uprawiana na terenie całej Polski. Jest to soja niemodyfikowana genetycznie. Alternatywą jest też szersze wykorzystanie śrut poekstrakcyjnych i makuchów roślin oleistych, przywrócenie skarmiania krzyżowego trzody chlewnej i drobiu paszami z mączkami mięsno-kostnymi oraz import soi niemodyfikowanej z wielu kierunków, m.in. z Rosji przez port przeładunkowy w Primorsku czy z Ukrainy z regionów południowych. Dzisiaj pół godziny temu rozmawiałem z gubernatorem Ługańska. Ten obwód ukraiński jest w stanie wyprodukować dużą ilość soi, którą również moglibyśmy importować, oczywiście soi niemodyfikowanej.

Zwolennicy uzależnienia od soi GMO dopuszczają się szantażu wobec społeczeństwa, mówiąc o drastycznej podwyżce cen żywności, ale nie przedstawiają żadnych wiarygodnych wyliczeń w tym zakresie. Zresztą chociaż obecnie soja GMO jest do Polski wprowadzana nie tylko wąską strugą, ale ogromną rzeką, mamy wzrost cen jaj i mięsa, a ceny śruty sojowej wzrosły w Polsce rok do roku o 100%, mimo że nie ma żadnych ograniczeń w imporcie. Import soi kosztuje polskich konsumentów od 3 do 4 mld zł rocznie. Czy tych pieniędzy nie powinni zarobić polscy rolnicy? Co jest ważniejsze: czy interes Polski i polskich rolników, czy interes firm zajmujących się handlem soją?

Ci, którzy godzą się na uzależnienie polskiej produkcji mięsa i jaj od importu soi GMO, działają przeciwko polskim rolnikom, przeciwko polskim konsumentom i przeciwko interesowi Polski. Oczekiwaliśmy zajęcia się problemem rynku pasz przez rząd Platformy Obywatelskiej i PSL, bo to rząd dysponuje narzędziami do rozwiązania problemu, dysponuje narzędziami prawnymi, ekonomicznymi, ba, dysponował również pieniędzmi unijnymi, które mogły być przeznaczone również na wsparcie produkcji choćby roślin motylkowatych w Polsce.

A czego się doczekaliśmy? Doczekaliśmy się projektu grupy posłów, którzy poza przedłużeniem terminu wprowadzenia zakazu wytwarzania i importu nie proponują żadnych działań, które mogłyby odbudować suwerenność żywnościową Polski i pomóc polskiemu rolnictwu.

Mogę podpowiedzieć ministrowi rolnictwa choćby dwie możliwości. Przede wszystkim uznanie upraw motylkowatych za spełnienie norm zazielenienia, których Unia Europejska wymaga, ewentualnie w związku z planami dotyczącymi minimum trzech upraw w gospodarstwie z udziałem od 5% do 70% można by zachęcić rolników, by jedną z tych upraw były rośliny motylkowe w siewie czystym czy w mieszankach.

Panie Marszałku! W związku z tym, że ten projekt ustawy nie rozwiązuje żadnego problemu, jest właściwie odsunięciem problemu i jest ewidentnie działaniem na rzecz lobby paszowego w Polsce (Dzwonek), zgłaszam w imieniu Klubu Parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość wniosek o odrzucenie w całości w pierwszym czytaniu poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o paszach. Dziękuję bardzo.

2. Panie Marszałku! Panie Ministrze! Mam pytanie do ministra, bo chcę drążyć temat ekonomiczny. Sprawy zdrowotne są ważne, ale mnie interesuje przede wszystkim zapewnienie polskiemu rolnictwu odpowiedniej ilości i jakości białka do pasz. Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego doświadczenia, które są prowadzone w wielu ośrodkach akademickich, m.in. na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu, Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym w Bydgoszczy, polegające na poprawie strawności pasz, jak również komponentów – procesy te, opisane choćby w podręcznikach do technikum rolniczego, takie jak: toastowanie, ekstrudowanie, obróbki mechaniczna, termiczna – sprawiają, że uzyskujemy z polskich surowców taką samą paszę, o strawności porównywalnej ze strawnością paszy zawierającej soję, a w niektórych przypadkach i w ramach niektórych doświadczeń, które były prowadzone choćby w Bydgoszczy, pasze o wyższej jakości i wyższej strawności. Dlaczego nie wykorzystujemy tego potencjału, jaki tkwi w polskim rolnictwie, godząc się na to, że wydajemy rocznie – tak było do tej pory – 3 mld zł na import soi, a będziemy wydawać, biorąc pod uwagę istotny wzrost ceny, 4 mld zł? Czy te pieniądze nie powinny trafić do polskich rolników, którzy są przygotowani i chętni do produkcji? Mówili o tym również moi poprzednicy i koledzy. Czy nie powinniśmy brać pod uwagę przede wszystkim naszego interesu, interesu narodowego, interesu polskiego rolnictwa, potrzeby dywersyfikacji upraw, potrzeby płodozmianów, tego wszystkiego, czego ludzi z wykształceniem rolniczym nie trzeba uczyć ani czego nie trzeba im przypominać, ponieważ my to wiemy? Dlaczego tych działań nie podejmujemy, godząc się na dyktat lobby paszowego, które ma własny interes, sprzeczny z interesem Polski?

Responses are currently closed, but you can trackback from your own site.

Comments are closed.