Wystąpienia posła na posiedzeniu Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi w dniu 27 stycznia 2015 r.

233 posiedzenie Komisji

1. Panie przewodniczący, panie ministrze, szanowni państwo, to jest ważna ustawa. Może to jest truizm, ale to jest ustawa, która będzie decydowała o elementach wsparcia polskiego rolnictwa w najbliższych sześciu latach, czyli w pewnym sensie jest to taki kościec wsparcia z UE dla polskiego rolnictwa. Chociaż również oczekiwałbym debaty na temat strategii polskiego rolnictwa, to określenie tego, co będzie wspierane i w jaki sposób będzie wspierane, jest również de facto określeniem pewnych założeń strategicznych. Tak należy również czytać tę ustawę. Chcę w sposób bardzo wyważony i obiektywny podejść do tego tematu, bo zdaję sobie sprawę, że jest tu wiele emocji. Zostało zgłoszonych wiele uwag przez partnerów społecznych i często są to uwagi wzajemnie się wykluczające. Trzeba podejść do tego spokojnie.

Mogę przyłączyć się do ubolewania nad trybem procedowania, ale zdaję sobie sprawę z tego, że ta ustawa zawsze, niezależnie od tego, kto będzie sprawował władzę w Polsce, będzie przyjmowana na początku roku. Taka jest logika terminu przyjmowania wniosków od rolników i uzyskiwania pewnych informacji, które są niezbędne do zaplanowania ustawy; te informacje przychodzą pod koniec roku z UE. A więc możemy sobie ponarzekać, ale z tego tytułu m.in. jest to dodatkowe posiedzenie naszej Komisji, aby nie tylko obradować w czasie dni sejmowych, ale żeby dodatkowo, w sposób bardziej pogłębiony, pochylić się nad tą ustawą.

W moim mniemaniu to, czy przyjąć część poprawek, zależeć będzie od tego, czy różne wątpliwości, różne uwagi, które się nasuwają, zostaną przez ministerstwo, przez pana ministra wyjaśnione. Chciałbym też zwrócić uwagę, że to nie jest tak, iż jak grom z jasnego nieba ktoś zaproponował ustawę, którą trzeba przyjąć w ciągu paru lub parunastu dni. Dyskusja nad systemami wsparcia polskiego rolnictwa toczy się od miesięcy, ba – od lat. Jakie sektory i kierunki produkcji wspierać w ramach wsparcia powiązanego z produkcją? Jaki system płatności bezpośrednich zaordynować polskiemu rolnictwu? Czy modyfikowany SAPS, czy próbować wprowadzić coś innego? Ta dyskusja toczy się od dawna. To nie jest tak, że tu nagle siadamy do dokumentu, który nas wszystkich zaskakuje. Myślę, że ci, którzy zajmują się sprawami rolnymi, nad tym się zastanawiali.

Jest również problem, którego nie chcę komentować szerzej, ale również jest problem rozbudzonych wielkich oczekiwań poszczególnych grup interesariuszy przez składane bałamutnie obietnice pana ministra Sawickiego. Byłem świadkiem również takich wypowiedzi, że dobrze, zobaczymy, pomyślimy, uwzględnimy, a może zmienimy, a może dołożymy. Wielu budowało na podstawie tych obietnic przekonanie, że może ich interes i ich potrzeby zostaną w tej ustawie uwzględnione.

Jest również sprawą oczywistą, że można byłoby w większym stopniu wspierać polskie rolnictwo w ramach płatności bezpośrednich, gdyby było więcej środków. W tym przypadku – niezależnie od tego, czy to się komuś podoba, czy nie, czy protesty będą, czy nie – źle wynegocjowane warunki perspektywy finansowej na lata 2015–2020 sprawiają, że niezależnie od tego, jakie przesunięcia pieniędzy będziemy tutaj uskuteczniali, to zawsze będzie przekonanie o braku i niedosyt poszczególnych branż, poszczególnych grup interesariuszy.

Mam wątpliwości, które w części wynikają również ze zgłaszanych uwag. Niektóre będą się pewnie powtarzały w stosunku do tego, o czym koledzy już mówili. Nie rozumiem tego elementu, związanego ze zmniejszeniem płatności powyżej pewnej granicy. Ta granica jest określona przez Unię i to zmniejszenie musimy zastosować. Natomiast nie rozumiem skali redukcji płatności. Możemy operować między 5% a 100% i nie rozumiem tak radykalnego potraktowania większych gospodarstw. Zdaję sobie sprawę, że może to wynika z uwarunkowań politycznych PSL. Jest to gra polityczna, która się toczy.

Jednak też prosiłbym o precyzyjne wypowiadanie się na ten temat, ponieważ tu w wypowiedzi niektórych kolegów znalazło się pewne przekłamanie. Redukcja płatności dotyczy redukcji wyłącznie jednolitej płatności obszarowej, czyli płatności 110 euro do hektara, a zatem to dotyczy gospodarstw o powierzchni powyżej 1360 ha. Tak, 1363 ha – słusznie tu poseł Ajchler doprecyzowuje moje słowa. Uważam, że gospodarstwa powyżej 1363 ha również są trwałym elementem polskiej struktury agrarnej i nie powinny być w sposób tak radykalny odcinane od wsparcia bezpośredniego, bo będzie miało to niewątpliwie wpływ na ich wynik ekonomiczny i na poziom inwestycji. Natomiast chcę mieć precyzyjną odpowiedź ministra rolnictwa na pytanie, które już tu padało. Komisja Europejska, mówiąc o sposobie traktowania dużych gospodarstw, proponuje czy daje możliwości przeanalizowania różnego wsparcia dla nich. Uważam, że nie wolno w Polsce do jednego wora wrzucać wszystkich typów większych gospodarstw, ponieważ robimy w ten sposób wielu gospodarstwom nieuprawnioną krzywdę.

Jestem przekonany, że gospodarstwa spółdzielcze, również te, które mają większy areał, które są de facto gospodarstwami rodzin… Proszę to dostrzec – mówię to ja, rolnik indywidualny. Gdyby mój ojciec słyszał, że wspieram rolnicze spółdzielnie produkcyjne, to pewnie wygnałby mnie z domu. Uważam, że nie czas wracać do tego, w jaki sposób te spółdzielnie powstawały. Jeżeli to są wielorodzinne gospodarstwa, to nie powinny być karane zabieraniem środków. Dotyczy to również zrezygnowania przez Polskę z możliwości, które KE daje, czyli odliczenia od kwoty wyjściowej kosztów pracy w gospodarstwach. Wtedy by się okazało, że gospodarstwa, które prowadzą intensywną produkcję rolniczą, wymagającą większej liczby pracowników, miałyby ten element troszkę poprawiony. My z tego nie korzystamy, krzywdząc te gospodarstwa, które mają duże zatrudnienie.

Absolutnie zgadzam się z przedmówcami, niezależnie od tego, który klub reprezentują, że jest niezrozumiałe takie potraktowanie spółek strategicznych Skarbu Państwa. Zresztą wielokrotnie na ten temat dyskutowaliśmy. Można dyskutować o sposobie zarządzania tymi spółkami. Posiedzenie wyjazdowe Komisji w Walewicach pokazało absolutnie skandaliczne zarządzanie tą spółką; tam powinien wkroczyć prokurator. Ale trzeba było zatrudnić w miejsce w miarę kompetentnego menedżera miejscowego działacza PSL. Natomiast oddzielam sposób zarządzania tymi spółkami, które powinny być dobrze zarządzane, mając nadzór właścicielski. Nie stawiam znaku równości, że wszystko, co państwowe, musi być źle zarządzane. To jest absolutne nadużycie.

Trudno sobie wyobrazić odcięcie tych spółek od wsparcia finansowego; spółek, które w imieniu państwa i na rzecz państwa, na rzecz polityki rolnej państwa, prowadzą działania związane z postępem biologicznym w produkcji roślinnej i zwierzęcej. Trudno te gospodarstwa odciąć od strumienia pieniędzy, bo efektem łatwym do przewidzenia będzie to, że w roku następnym i w kolejnych latach pogorszy się ich wynik finansowy. Może pogorszy się na tyle, że wtedy będzie argument: trzeba je prywatyzować, trzeba je likwidować, ponieważ nie radzą sobie, bo nie mają wypracowanych zysków.

Pytałem pana mecenasa, pana dyrektora Wykowskiego, czy jest możliwość zróżnicowania dopłat w zależności od struktury podmiotów. Powiedział, że nie. Ale po to m.in. minister rolnictwa dysponuje bardzo wykwalifikowaną kadrą – bardzo wysoko oceniam pracowników departamentów, które przygotowywały ten projekt ustawy – i dysponuje systemem wsparcia instytutów naukowych, żeby znaleźć takie rozwiązania, które nie będą krzywdziły spółek Skarbu Państwa. Nie chciałbym w tej czy w następnej kadencji Sejmu słyszeć takiego argumentu, że trzeba te spółki likwidować, ponieważ nie radzą sobie finansowo, a zabrano im wcześniej pieniądze.

Proszę państwa, teraz następna sprawa, która budzi moje wątpliwości – wsparcie dla roślin wysokobiałkowych. Wiecie zapewne, bo wielokrotnie o tym mówiłem, że jestem wielkim orędownikiem wprowadzenia i realizacji Krajowego Programu Białkowego. Pozwoliłby stopniowo zastępować importowaną soję, na którą wydajemy 4 mld zł, uzależniając się od firm amerykańskich. Należy w tym kierunku działać. Są dobre efekty programu białkowego. Są również bardzo obiecujące doświadczenia wskazujące na to, że soja może być zastąpiona w stu procentach, praktycznie w większości grup wiekowych różnych gatunków zwierząt. Ja już tak daleko nie idę, ale trzeba robić wszystko, żeby produkować białko krajowe. Tu się jednak pojawiają wątpliwości, które chcę wyartykułować.

Z jednej strony, ze strony izb rolniczych, jest żądanie ograniczenia powierzchni, której ta dopłata dotyczyła – nie 75 ha, tylko 25 ha. To jest w dokumentach, które dostaliśmy. Są argumenty, że wtedy starczyłoby dla większej liczby rolników i więcej gospodarstw mogłoby z tej dopłaty korzystać. Może to jest argument zasadny, ale z drugiej strony mamy przekonanie i tutaj padły takie głosy, że absolutnie głupotą jest ograniczanie tej powierzchni w jakikolwiek sposób, bo to rolnik powinien decydować o tym, ile chce uprawiać w gospodarstwie roślin wysokobiałkowych. Tu jednak pojawia się pytanie, które zgłaszaliśmy również w czasie prac podkomisji ds. monitorowania perspektywy finansowej (jej szefem jest Krzysztof Jurgiel) czy nie należy wprowadzić jakiegoś sposobu dokumentowania plonu. To było zadanie domowe dla Ministerstwa Rolnictwa. Chodzi o to, żebyśmy znowu nie doprowadzili do sytuacji patologicznej; szczęśliwie udało się wyeliminować patologie związane z orzechami. A wprowadzamy kolejną patologię polegającą na tym, że trwały użytek, obsiany np. którymś z gatunków koniczyny czy lucerny, raz do roku koszony po to, żeby zniszczyć, utylizować to, co urośnie, stanie się podstawą do wypłacania sporych pieniędzy. Nieograniczanie powierzchni wręcz jest zachętą dla tych, którzy traktują rolnictwo nie jako element produkcji rolniczej, tylko jako element lokaty kapitału, który jeszcze ma przynosić dodatkowe pieniądze w postaci nie tylko jednolitej płatności, tej podstawowej, ale jeszcze dodatkowych działań. Czy wręcz nie otwieramy pewnej drogi do kolejnych „sadów orzechowych” w postaci roślin motylkowatych?

Pytałem i proponowałem wprowadzenie mechanizmu, może trochę na wzór mechanizmu związanego ze skrobią i z burakami, że jest potrzebny jakiś element umowy z odbiorcą; czy odbiorcą nasion, czy np. odbiorcą zielonki na susz, jeżeli poszlibyśmy w kierunku drobnonasiennych. Czy też potrzebna jest jakaś inna formuła dokumentowania, że te użytki nie tylko generują kwotę 1300 zł na hektar dodatkowego dochodu, ale rzeczywiście ten plon gdzieś trafia. Jest przydatny i użyteczny w rolnictwie, a nie tylko poprawia kompleks sorpcyjny, żyzność gleby i parametry związane z produktywnością. Na to nie miałem odpowiedzi.

Kolejna kwestia to terminy zgłaszania i utrzymania bydła. Również tu są rozbieżne oczekiwania i inne głosy ze strony różnych osób zgłaszających uwagi. Jest logiczne, że rolnikowi składającemu 15 marca wniosek trudno przewidzieć, jaki będzie miał stan stada 15 maja. Coś mu się może w międzyczasie urodzić, coś może mu zdechnąć; coś sprzedał, coś dokupił. Czy jednak z drugiej strony nie należy również zakładać, że ten rolnik – i to nie jest jakoś przesadnie obciążające – może do 15 maja bez żadnych konsekwencji, a jeszcze przez jakiś czas z niewielkimi konsekwencjami, dokonywać korekt swojego wniosku, jeżeli coś mu się w międzyczasie zmieniło w strukturze stada? Chodzi o to, by zapobiec pewnego rodzaju fikcji polegającej na tym, że to samo zwierzę może się pojawić u różnych rolników po to, żeby otrzymać płatność. Myślę, że nie jest to kwestia antagonistyczna. Należy ustalić jakiś mechanizm, który pozwoliłby to usprawnić, udrożnić. Tutaj faktycznie powinni wypowiedzieć się ci, którzy zajmują się bydłem.

Chcę jako dobry przykład podać procedowanie ustawy o rolnictwie ekologicznym. Tam też były różne terminy, nielogiczne, głupie, nieżyciowe. Wszystko za zgodą i w pewnej koncyliacji z ministerstwem rolnictwa udało się doprecyzować. Zadowoleni są rolnicy ekologiczni, Agencja jest w stanie realizować system płatności i przekazywania informacji. A więc prosiłbym, żeby ten punkt doprecyzować, a jeżeli trzeba, to taką poprawkę chętnie przejmę.

Problem buraków cukrowych. Rozumiem tych rolników, którzy pozostali w produkcji i bardzo finezyjnie prowadzą w tej chwili gospodarstwo przy pomocy bardzo nowoczesnych technologii oraz mają wysokie plony. Martwimy się, co będzie po wrześniu 2017 r., kiedy skończy się kwotowanie i jak utrzymać wsparcie. Ale jest zasadne pytanie, i to pytanie też trzeba postawić, czy ograniczamy wsparcie wyłącznie do tych, którzy uzyskują bardzo wysokie plony? A chcę powiedzieć, że nie tylko od zastosowanych technologii zależą te plony, ale również od tego, a może przede wszystkim od tego, na jakich glebach buraki są uprawiane. W związku z tym zasadne jest pytanie, czy wspierać tylko tych rolników, którzy stosują na najlepszych glebach w Polsce wysokie technologie i uzyskują plony rzędu 60–70 ton z hektara? Czy też jednak umożliwić, poprzez zastosowanie płatności do hektara, przetrwanie z produkcją buraka również tych, którzy gospodarują na słabszych glebach? Bo przecież nie bardzo słabych, ale na glebach, które nie dają takiej możliwości uzyskania wysokiego plonu. To jest pytanie, na które nie mam do końca odpowiedzi, ale jest to pytanie o strategię ministerstwa rolnictwa.

Oczywiście powiązanie umową – zarówno dotyczy to skrobi, jak i buraków – z producentem cukru i skrobi jest logiczne. Przecież to te produkcje mają być wspierane, a nie produkcja spirytusu z buraków czy też z ziemniaków skrobiowych, przeznaczanych na inne cele. To doprecyzowanie, jak wynika z tego, co wiem, w dokumencie już się pojawiło.

Chcę również zadać jeszcze jedno pytanie. Odnosimy się do rozporządzenia 1307, że tam zostały wskazane sektory i rodzaje produkcji, co do których możemy się wypowiadać, choć przykład chmielu pokazuje, iż możemy stosować wsparcie, którego nie wymieniono literalnie. Jakie postulaty składała Polska, jakie grupy i sektory wymieniała, kiedy to rozporządzenie było procedowane w Brukseli? Wydaje się, że logicznym by było… Usłyszę odpowiedź, że nie ma takiej możliwości, bo Unia tego nie wymieniła, ale wydaje się, że jest jeszcze parę elementów w polskim rolnictwie, które należałoby wesprzeć po to, żeby uratować niektóre sektory. To jest choćby problem sektora koni opasowych. A czym się tak na dobrą sprawę różni produkcja bydła opasowego od koni opasowych? Oczywiście nie ma tego w załączniku do rozporządzenia 1307, więc konie nie mogą być wspierane. Taką odpowiedź usłyszę za chwilę. Ale czy Polska zrobiła wszystko, żeby nie tylko utrzymać dopłatę do ras tradycyjnych, ale również utrzymać dopłatę do tego, co jeszcze jest jakąś polską specjalnością w Europie?

Pytałem kiedyś o jeszcze jedno i odpowiedź pewnie będzie taka sama. Wydaje się dość logiczne, by w małych gospodarstwach – często w tych gospodarstwach, które pełnią również funkcje socjalne – rozpocząć rozwój i rozpropagowanie hodowli gęsi w małych stadach. Sugerowałem to kiedyś ministrowi Sawickiemu. „Zobaczymy, pomyślimy”. Potem padła taka odpowiedź, że Bruksela nie pozwala. A może trzeba było w przypadku koni i gęsi pójść jednak do Brukseli po prośbie, na kolanach do Canossy albo w inny sposób próbować jednak to rozporządzenie rozszerzyć? Proszę mi wierzyć, że takie możliwości, jeżeli się mocno chce, też można znaleźć. Ostatecznie nie dokładamy pieniędzy z Brukseli, tylko operujemy pewną kwotą wynegocjowaną dla Polski. O wiele łatwiej jest uzyskać pewne derogacje niż coś uzyskać wtedy, gdybyśmy chcieli dodatkowych pieniędzy.

Chcę na zakończenie odnieść się do jeszcze jednej kwestii i uzyskać odpowiedź, bo dla mnie jest pewną nielogicznością tryb pracy nad wnioskami, prowadzony przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Przyjmujemy od rolnika wersję papierową. Została również wprowadzona wersja elektroniczna. Agencja, przerabiając tony drewna, pracuje na papierach, które na koniec całego procesu niszczy, a dokumenty archiwizuje w postaci elektronicznej. A czy nie należałoby wprowadzić takiego mechanizmu, że w ogóle pracujemy na wersji elektronicznej? Tym bardziej że do archiwizowania idzie wersja elektroniczna. Taką propozycję, dość rozsądną, państwo tutaj zgłosili. Czy tylko poza przypadkiem wydrukowania dokumentów rolnikowi i pierwszej analizy dokumentu nie należy iść w kierunku zeskanowania i pracy na dokumentach elektronicznych? To mówię gwoli rozważenia, bo nie rozumiem tego postępowania, skoro decydujemy się na pewną dokumentację elektroniczną. Jeszcze raz przytoczę, że podobne mechanizmy zastosowaliśmy w ustawie o rolnictwie ekologicznym. A więc dlaczego tutaj mielibyśmy pracować na papierach, jeżeli można pracować na dokumentach elektronicznych?

Tych wątpliwości jest dużo. Odnoszę się tylko do tych, które z mojego punktu widzenia wymagają precyzyjnej odpowiedzi ze strony ministerstwa. Odpowiedzi te będą również wskazaniem, czy jest jakaś strategia, czy myślimy o tym, że systemy płatności mają rozwinąć pewne obszary rolnictwa, a pewne, niestety, z konieczności zwijać.

Dlatego od odpowiedzi pana ministra będzie zależało, czy będę zgłaszać poprawki w drugim czytaniu. Dziękuję bardzo.

2. Jeżeli rząd chce poprawić jakieś rzeczy, to jest to dopuszczalne i logiczne; co do tego też nie będę zgłaszał uwag. Natomiast powiem szczerze, próbuję zrozumieć i nie rozumiem za bardzo, o co tutaj chodzi. Mówimy o tym, że do 10 ha nie ma dywersyfikacji upraw. Od 10 do 30 ha – dwie uprawy. Powyżej 30 ha są trzy uprawy, z których minimalna to 5%, a maksymalna – 75%. Co my tutaj poprawiamy? Proszę mi to jakoś wytłumaczyć prostszymi słowami.

3. Poprawka zgłoszona przez pana ministra Kalembę, przez pana posła Kalembę, jest logiczna w tym znaczeniu, że przecież wszyscy chcemy, żeby była dofinansowana, wsparta uprawa tych ziemniaków, które są przeznaczane na skrobię; zresztą tylko takie wsparcie jest możliwe w ramach rozporządzenia 1307. Chodzi o to, żeby wyeliminować wsparcie dla upraw ziemniaków nieskrobiowych, które byłyby zgłaszane po dopłaty.

Mam zasadnicze pytanie. A co będzie w sytuacji, jeżeli rolnicy utworzą grupę producencką, która będzie w ich imieniu dalej te ziemniaki dostarczała do zakładu przetwórczego? Będą mieli umowę z grupą producencką, a nie z zakładem. Czy wtedy pozbawiamy ich płatności, bo nie ma umowy z odbierającym ziemniaki zakładem końcowym? A przecież jest to wariant bardzo realny i możliwy. Nawet uważam, że pozycja rolników wzrasta wtedy, kiedy występują wobec przetwórcy w postaci jakiejś grupy producenckiej, która się tym zajmuje. Czy czasami, wprowadzając tę poprawkę, nie eliminujemy możliwości organizowania grup producenckich w sektorze ziemniaków skrobiowych?

4. Chyba nie zostałem dobrze zrozumiany. Sprawa grup producenckich w sektorze ziemniaków skrobiowych nie jest żadną rzeczywistością wirtualną. Rolnicy mają prawo tworzyć takie grupy. Oczywiście rolnik składa wniosek o płatność do Agencji, ale jeżeli warunkiem uzyskania płatności jest umowa, to trzeba zadać pytanie, czy to ma być umowa zmuszająca rolnika wyłącznie do obowiązku dostarczenia ziemniaków do konkretnego zakładu przetwórczego? Czy może to być umowa z grupą producencką, która sobie wybierze producenta skrobi, oferującego najlepsze warunki?

Rozważam zgłoszenie poprawki w drugim czytaniu, dlatego że to nie może być zgłaszanie poprawek, formułowanych przez naszych partnerów ot tak, na kolanie. Dlatego przyłączam się do głosu pana przewodniczącego Dunina, aby ministerstwo rozważyło warianty; zarówno w tym zakresie, o którym mówię, czyli grupy producenckiej, jak również przeanalizowania postulatu, który przede wszystkim zgłasza środowisko rolników-producentów skrobi.

W przerwie na ten temat rozmawialiśmy. Dla tych rolników sprawą zasadniczą i podstawową jest przywrócenie płatności do skrobi, do tony skrobi. Mówili o tym na odchodne; nie wiem, dlaczego nie zostali, ale tutaj byli przedstawiciele „Trzemeszna”. Oczywiście pojawiają się od razu problemy, o których była mowa przy burakach. Dopłata do której skrobi? Tej, która była w zeszłym roku, czy tej, która zostanie przetworzona, czyli płatność do skrobi się opóźni w czasie rzeczywistym? Chciałbym, żeby do tego ministerstwo było przygotowane przy drugim czytaniu.

5. Bardzo zmartwiła mnie pani dyrektor tym stwierdzeniem, bo wydaje mi się, że zaczynamy brnąć w jakiś absurd. To po co w takim razie my – jako Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi, jako Sejm – nad tym dyskutujemy? O tym zresztą mówił pan poseł Ajchler. Po co dyskutujemy, jeżeli się okazuje, że dokument notyfikowany w Brukseli praktycznie jest nienaruszalny, bo trzeba byłoby teraz występować o każdą poprawkę, którą tutaj zgłaszamy w zakresie warunków merytorycznych? To jest zasadne pytanie. Czy my w ogóle jesteśmy w stanie zgłaszać jakiekolwiek poprawki? Wydaje mi się, że jest to potraktowanie parlamentu tak, jak nie powinien być traktowany.

6. Mam również wątpliwości co do tego zapisu, ale niedotyczące akurat powierzchni, ponieważ tutaj pewnie mielibyśmy różne zdania z panem posłem. Przypomnę, że jest również propozycja jednej z izb rolniczych zmniejszenia tej powierzchni do 25 ha i tłumaczenie, iż objęłoby to większą liczbę rolników.

Natomiast jest pytanie, na które nie uzyskałem odpowiedzi. Prosiłem o wskazanie jakby pewnej logiki działań. Czy ma to być elementem produkcji białka paszowego w Polsce i związanej z tym ekwiwalentności soi? Czy też ma to być spełnienie normy zazielenienia przez dodatkową grupę roślin? Tu mówimy o roślinach wysokobiałkowych, chociaż akurat to w dokumencie jest. Często też są jakieś semantyczne błędy, bo mówimy o motylkowatych, o strączkowych, a w tej chwili one nazywają się bobowate, a nie motylkowate, więc to należałoby doprecyzować.

Jeżeli chcemy logicznie wyciągnąć wnioski z programu białkowego, na który państwo polskie wydało wiele milionów złotych – a ten program jest realizowany przez uczelnie z Poznania i z Bydgoszczy; jest też podkomisja, której jestem również członkiem, podobnie jak i pan poseł Ajchler – to czy w tej sytuacji nie zawęzić go do roślin strączkowych grubonasiennych, że użyję starej nazwy. W dalszym ciągu spełniają one normę zazielenienia, bo są w tej samej grupie, a jednocześnie możemy wprowadzić jakiś nowy element. Rozumiem, że ministerstwo wtedy wprowadziłoby jakiś element oceniający ten plon, bo w przeciwnym wypadku prowadzimy wprost, mówię to jeszcze raz, do możliwych nadużyć, do możliwych patologii. Ktoś zasieje wieloletnią uprawę, np. koniczynę białą, która nie daje dużej masy czy wspomniany nostrzyk i będzie mu ładnie kumaryna pachniała na polu, a potem sieczkarnią samobieżną czy też orkanem przyczepionym do ciągnika raz do roku zniszczy tę okrywę i będzie otrzymywał całkiem przyzwoite pieniądze. Czy chcemy uzyskać produkt w postaci nasion strączkowych? Ewentualnie – ale to już tylko hipotetyczne rozważanie – w postaci suszu, który kiedyś był wykonywany z roślin drobnonasiennych? Czy tylko chcemy wydać pieniądze, nie uzyskując praktycznie nic?

7. To nie o to chodzi, że chcę przedłużać dyskusję. Tylko nie chcę, żebyśmy nad tymi przepisami przelecieli, nie rozstrzygając o tym, o co nam na dobrą sprawę chodzi. Czy chcemy wprowadzić mechanizm, który powoduje, mówiąc wprost, że rolnik produkuje nasiona wysokobiałkowe, które później są przeznaczane na paszę w gospodarstwie bądź w jakiś sposób trafiają na rynek? Wtedy tę ekwiwalentność soi próbujemy w jakiejś tam części, może niewielkiej, ale jednak zastosować. Temu ma służyć m.in. promowanie w kilku województwach w Polsce klastrów roślin, produkujących polskie białko. Powstał taki klaster na Pomorzu, są zaawansowane prace nad utworzeniem klastra w woj. kujawsko-pomorskim. Czy chcemy to robić? Czy chcemy dołożyć pieniądze do tego, że ktoś będzie coś siał?

Owszem, jest wiązanie azotu. Ale te rośliny, o których mówię, rośliny dostarczające grubych nasion, tzw. grubonasienne – kiedyś tak nazywane, chociaż te systematyki zmieniają się cały czas – rośliny te również wiążą azot i nie ma żadnego problemu. Czy też chcemy dopuścić do uprawy – podam kilka przykładów – koniczyny białej, czerwonej, bladoróżowej, perskiej, lucerny siewnej, lucerny sierpowatej, nostrzyka itd., itd. tylko po to, żeby ktoś, nie wykorzystując tej masy, raz do roku ją skosił? Owszem, azot w ziemi pozostanie, nie wiadomo, po co. Będziemy mieli nadużycie; może nie na ogromnej powierzchni, ale na 75 ha, jeśli ta wielkość by pozostała, ale nawet i tych pieniędzy szkoda. Czy chcemy to zawęzić do roślin, dających jednak plon, który może być przydatny w przemyśle paszowym?

8. Panie przewodniczący, jeśli pan pozwoli, powrócę jeszcze do art. 19. Przepraszam bardzo.

Chcę mieć pewność, bo tutaj działamy trochę zerojedynkowo: albo 5%, albo 100%. A czy ministerstwo ma przemyślane i przeanalizowane skutki zastosowania współczynnika redukcji w wysokości np. 50%, bo również od tego będzie zależało zgłoszenie poprawki? Nie chciałbym, żebyśmy przyjmowali decyzję, która wydaje się nawet logiczna, czyli żeby ta redukcja nie była stuprocentowa; jak myślę, do tego rozwiązania chyba skłania się zdecydowana większość z nas. Ale za chwilę otrzymamy informację, że te pieniądze zostały przeznaczone na szereg innych, bardzo ważnych, potrzebnych celów i trzeba zdemolować PROW, na który to ma trafić. Czy są przeliczone dwa-trzy warianty, uwzględniające 50%, 40% czy 60% współczynnika redukcji?

9. Chciałbym się dowiedzieć, jakie skutki finansowe będą przy tych wariantach, o których pani mówiła, ponieważ nie chciałbym tutaj zarzucać czy też sugerować hipokryzji ministerstwu. Jeżeli zabiera się 2,5 mld euro z II filara, mając w nosie i demontując system wsparcia inwestycyjnego na obszarach wiejskich – i to nie wywoływało żadnego bólu – to teraz dyskusja o tym, czy parę milionów euro wróci do PROW z tej modulacji, jest jako żywo niepoważna. Czy mogę uzyskać dane ministerstwa rolnictwa, jakie skutki finansowe niosą te pośrednie etapy modulacji… Jakie zmiany współczynnika – nie modulacji, bo to słowo akurat tutaj nie znajduje zastosowania – niosą pośrednie etapy?

10. Na ten temat rozmawiałem już z panem dyrektorem Wykowskim. W tej chwili chyba niczego nie jesteśmy w stanie dalej tutaj ustalić. Z jednej strony, nie mam raczej wątpliwości, że system Schick z tworzoną kopią jest systemem nieszczelnym, z którego zginą dane; zresztą dane te zawsze można wydrukować i odtworzyć. Zakładam, że ten system jest jednak systemem wiarygodnym i szczelnym. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że część rolników ma absolutne prawo ubiegania się o swoje czy dochodzenia swoich praw przed sądami i skoro sądy nie są przygotowane do obsługi innej niż papierowa, to trzeba do tematu wrócić za rok czy za dwa i spróbować wtedy pójść w kierunku dokumentów elektronicznych. Na razie, niestety, to jest tak, że korytarze w Agencji są zastawione, pomieszczenia zastawione i trzeba będzie wynajmować następne pokoje za ciężkie pieniądze po to, żeby stawiać kolejne kartony z papierami, do których nikt nigdy w życiu już nie wróci. A więc na razie chyba nie jesteśmy w stanie niczego więcej poprawić.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.