Wystąpienia posła na posiedzeniu Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi w dniu 27 sierpnia 2014 r.

201 posiedzenie Komisji

1. Panie przewodniczący, Wysoka Komisjo, szanowni państwo. Chciałbym podziękować, że ministerstwo dostrzegło problem tradycyjnego wędzenia. Będę mówił w pewnym uproszczeniu. Kiedy kilka miesięcy temu zwróciliśmy uwagę na ogromne zagrożenie dla polskiego przetwórstwa mięsa, notabene w szczególności tego, do którego pan minister Sawicki dzisiaj bardzo zachęcał w swojej informacji związanej z planami rządu na najbliższe miesiące. Mówił o tym, że sprzedaż produktów przetwarzanych w gospodarstwach jak najbliżej producenta, jest naszą wielką szansą. Kiedy zgłaszaliśmy problem tradycyjnego wędzenia, spotkało się to z absolutnym niezrozumieniem, wręcz odrzuceniem, wręcz zarzutami, do czego pewnie wszyscy się przyzwyczailiśmy.

Przyczyną faktu, że w 2014 roku wchodzi w życie jakieś prawo, i to prawo niekorzystne dla Polski, jest to, że siedem lat temu Prawo i Sprawiedliwość przez krótki czas kierowało Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Mówił o tym pan minister Kalemba, w szczególności rozwodząc się na temat tego, że początek prac nad zmianami dotyczącymi węglowodorów aromatycznych był w 2005 lub 2006 roku. Nie pamiętam, pamięć jest zawodna. Oczywiście sprawdzę, który z pracowników, którzy wówczas pracowali w ministerstwie, nie zwrócił uwagi kierownictwu. Wydaje mi się jednak, że rozpoczęcie procesów legislacyjnych w Unii Europejskiej, których toczą się jednocześnie dziesiątki, wręcz setki, oczywiście wymaga monitorowania przez resorty. Niemniej, szczególna rola polega na finalizowaniu procesu legislacyjnego, a nie na przypominaniu tego, co było kilka lat temu albo jeszcze wcześniej. Jednakże sprawdzę, jacy pracownicy, które departamenty, zdaniem Polskiego Stronnictwa Ludowego nie dopilnowały rozpoczęcia prac nad ustawą o tradycyjnym wędzeniu.

Uważam, że Polska w dalszym ciągu powinna bardzo zdecydowanie zabiegać o takie rozwiązania, które nie będą blokowały produkcji przy pomocy tradycyjnego wędzenia, nie przy pomocy ekwiwalentu dymu, nie przy pomocy jakichś aromatycznych dodatków do dymu, tylko przy pomocy drewna, tak jak odbywało się to w Polsce przez setki lat. Nie wydaje się, żeby powodowało to jakieś istotne skutki zdrowotne dla społeczeństwa polskiego sto czy dwieście lat temu, bądź nawet kilkanaście lat temu. Cieszę się, że nasz postulat, na wniosek środowisk, które się tym zajmują, w szczególności z południa Polski, pokazał, że jest problem i trzeba się nim zajmować. Liczę na to, że dalsze prace zarówno na poziomie unijnym, na poziomie zespołu ekspertów i Komisji, jak również na poziomie krajowym, doprowadzą do tego, że w Polsce w dalszym ciągu będzie można wędzić tradycyjnie.

2. Panie przewodniczący, Wysoka Komisjo, szanowni państwo. Afrykański pomór świń może być gwoździem do trumny dla produkcji trzody chlewnej w Polsce. W krajach, w których występował, był to istny Armageddon dla owej produkcji. Różne kraje w różny sposób zabierały się za zwalczanie afrykańskiego pomoru świń. Sukces odniosły tylko te, które w sposób drastyczny, masowy, totalny na terenie, gdzie wystąpił, dokonały wybicia trzody i wektorów, czyli dzików. Tam udało się to opanować w ciągu roku lub niewiele dłuższego czasu. Tam, gdzie nie podjęto takich działań, np. w Ameryce Południowej, problem ASF trwał naście, a czasami i kilkadziesiąt lat. Oby w Polsce nie było tak samo.

Teraz minister rolnictwa i rozwoju wsi mówi, że wie, jaka jest szybkość przemieszczania się choroby. W Rosji jest to 300 kilometrów rocznie. Kiedy od kilku lat pytaliśmy, jaki jest stan przygotowania polskich władz publicznych do afrykańskiego pomoru świń, który w 2007 roku zbliżał się od Gruzji przez kolejne regiony Rosji do Białorusi, do Litwy, czy są wyasygnowane odpowiednie środki, czy są procedury, czy są precyzyjnie rozpisane role władz rządowych w terenie, czyli wojewodów, władz samorządowych wszystkich szczebli, czy są określone procedury dla Policji, dla służb mundurowych na danym terenie, jeżeli zaistnieje potrzeba odstrzału dzików, słyszeliśmy to, co Sejm słyszał przed wojną od marszałka Rydza-Śmigłego: „Silni, zwarci, gotowi. Wszystko jest w najlepszym porządku”. Nie jest w najlepszym porządku.

Jest problem dzików. Co się zmieniło? Kilka miesięcy temu byliśmy przekonywani przez głównego lekarza weterynarii, przez ministerstwo, że odstrzał dzików nic nie daje, ponieważ jeżeli wybije się dziki na danym terenie, to są to cwane bestie i przyjdą z terenu, który jest poza terenem wybicia, czyli z Białorusi, ponieważ tutaj jest pasza, być może pozostały jeszcze jakieś pojedyncze lochy. Zupełnie nic to nie da, ponieważ są to cwane zwierzęta. Pewnie są to cwane zwierzęta. Teraz zapadła decyzja, że trzeba wybić dziki z zapowietrzonego obszaru. Okazuje się jednak, że nie ma kto tego robić. Został odstrzelony tylko niewielki procent dzików. Jest to problem błędnych procedur. Jeżeli nie są w stanie zrobić tego koła łowieckie, ponieważ nie są tym zainteresowane, to są od tego służby leśne, w ostateczności od tego jest wojsko, Policja lub Straż Graniczna. Muszą być procedury, ponieważ ASF może wykończyć hodowlę trzody chlewnej w Polsce. Słyszymy ciągłe uspokajanie, że nie jest źle, ponieważ przez pół roku udaje się to utrzymać tylko w części Polski. A więc nie jest źle. To dobrze, cieszę się z tego, ponieważ gdyby przeniosło się to do środka Polski, przekroczyło następne województwa, to jak mówię, hodowli świń w Polsce nie odbudowalibyśmy w ciągu życia jednego pokolenia naszych obywateli. Dlatego nie można się uspokajać.

Dobrze byłoby, gdyby Unia Europejska dała na to pieniądze. Jeżeli nie daje, muszą być uruchomione własne środki państwowe. Muszą być działania totalne. To nie jest tylko problem Podlasia. Posłowie z Podlasia, pan przewodniczący Jurgiel i inni, cały czas bombardują. Mieliśmy specjalną konferencję, na którą przyjechali rolnicy z Podlasia. Mówili o tym. Wydaje się, że jest to trochę rzucanie grochem o ścianę, nie ma zrozumienia powagi sytuacji, jaka wiąże się z afrykańskim pomorem świń w Polsce.

3. Proszę państwa, mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony trochę mi szkoda ministra rolnictwa i rozwoju wsi, ponieważ to jemu zgłaszamy problemy dostrzeżone w sytuacji nadzwyczajnej, absolutnie nadzwyczajnej, jaką stanowi ASF. Jeszcze raz to podkreślam, że sytuacja jest absolutnie nadzwyczajna. Z drugiej strony pan minister odpowiada w standardowy sposób: „To nie jest nasz problem, jest to problem innych resortów”. Zaraz to rozwinę. Wobec tego pytam się, czy w Polsce jest rząd czy tak, jak mówił pan minister Sienkiewicz, państwo jest tylko teoretycznie. Mamy sytuację nadzwyczajną, która wymaga nadzwyczajnych działań, a nie wzajemnego przerzucania się, który resort za co odpowiada.

Sprawa dzików jest dobrym przykładem, dobrą egzemplifikacją. Już w końcu nie wiem, czy dziki trzeba wybijać czy nie trzeba, gdyż raz słyszę, że nie potrzeba, ponieważ przyjdą z Białorusi. Z drugiej strony na Białorusi wybili i mówią: „Zróbcie coś ze swoimi, bo przylezą do nas”. To wszystko, co państwo mówicie, nie do końca jest spójne. Teraz słyszę, że trzeba wybijać tylko do pewnej liczby, ponieważ źle byłoby, gdyby była stuprocentowa depopulacja. Zresztą jest ona chyba nie bardzo możliwa w sensie organizacyjnym. Niemniej, jakaś decyzja zapadła, wyrażono zgodę na to, że ileś dzików trzeba odstrzelić. Teraz okazuje się – tutaj chcę wrócić do pierwszego wątku – że pomimo tego, że sytuacja jest nadzwyczajna, nie ma kto tego zrobić, gdyż trzeba zmienić dwa rozporządzenia ministra środowiska. To nie minister rolnictwa i rozwoju wsi. Koła łowieckie pytają: „A gdzie pieniądze?”. Dobrze, absolutnie mają prawo o tym mówić. Tylko że skoro sytuacja jest nadzwyczajna, to nie jest to tylko problem ministra rolnictwa i rozwoju wsi, ale jest to też problem ministra środowiska, jest to problem ministra spraw wewnętrznych. Być może jest to też problem ministra obrony narodowej. Odpukać, żeby nie doszło do żadnych poważniejszych zagrożeń na terenie Polski. W przypadku wojny – a tutaj toczy się wojna – będzie dyskusja, czy ten czy tamten minister ma bronić ojczyzny? Z waszej wypowiedzi właściwie należałoby wysnuć takie wnioski.

Czy inne resorty są powiadomione? Czy pan premier – aktualnie urzędujący premier nazywa się Donald Tusk – podjął decyzję, która precyzyjnie określa, który resort za co odpowiada? Czy jest jakiś koordynator, który dysponuje możliwościami natychmiastowego wykonywania pewnych działań? Proszę państwo, na potwierdzenie tego, że mogą być takie przykłady, można znaleźć wiele różnego rodzaju odniesień.

Kilka lat temu w województwie kujawsko-pomorskim podjęto decyzję o odstrzale 100 sztuk bobrów. Problem bobrów się pojawi. Do pana ministra Posobkiewicza mam pytanie, które już mu zadawałem, kto zadecyduje o tym, że bóbr jest zwierzęciem, z którego można przygotowywać dania kulinarne. Jak na razie nie mam odpowiedzi. Będą odstrzały bobrów, są zainteresowani restauratorzy, a nikt nie jest w stanie wydać zgody na to, żeby bobra można było ugotować, upiec, usmażyć czy coś tam z nim zrobić. Niemniej była decyzja o odstrzale. Chciałbym to podać jako przykład pewnej nieudolności, która wtedy została rozwiązana. Przyznano to kołom łowieckim. W kołach łowieckich ze względu na to, że odstrzał bobra jest rzadką sytuacją, przyznano to prezesom. Wtedy, kiedy bóbr urzęduje, czyli o godz. 3:00 w nocy, prezes śpi. Kiedy prezes rano wstał na polowanie, bóbr poszedł spać. Po kilku miesiącach okazało się, że ze 100 przyznanych bobrów ustrzelono 6. Decyzją regionalnego dyrektora lasów państwowych zostali wezwani nadleśniczy na zasadzie: „Albo bobry, albo premia”. Bobry zaraz się znalazły.

Jest to sytuacja nadzwyczajna i działania nadzwyczajne, do których bardzo bym zachęcał, a nie do standardowego myślenia, że za to odpowiada główny lekarz weterynarii, za to minister rolnictwa i rozwoju wsi, za to inne resorty. Sytuacja jest porównywalna z wojną i muszą być uruchomione całkiem inne procedury. Jest to jeden temat.

Drugi temat. Zaczynam się gubić w argumentacji Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi w sprawie znakowania miejsca pochodzenia surowców w produktach surowych i przetworzonych. Z jednej strony mówimy, że nasza żywność jest znakomita, wspaniała, cudowna, broni się sama, świat ją kupuje. Z drugiej strony Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, kiedy w Brukseli trzeba było poprzeć znakowanie źródeł polskich surowców, czyli wyprodukowanych w Polsce, jako jedno z nielicznych krajów w Europie było przeciwne znakowaniu, dlatego że branże tak mówiły. Jest państwo, jest rząd odpowiedzialny za politykę państwa, a nie poszczególne branże pilnujące czubka własnego ogona, za przeproszeniem.

W Polsce pojawia się rzecz unikalna, której nie było od czasów transformacji, czyli patriotyzm gospodarczy. Naszym podstawowym rynkiem jest rynek polski, rynek wewnętrzny. Polacy chcą mieć pewność, że to, co kupują, pochodzi z Polski, z polskich surowców – chciałbym to doprecyzować – a nie z duńskiego mięsa przerobionego na terenie Polski. Pojawia się patriotyzm gospodarczy. Rząd zamiast to wspierać, w Brukseli, czemu notabene dziwią się przedstawiciele innych krajów, podaje, iż nie popiera znakowania, gdyż tak mówią branże. Które branże? Zakłady Sokołów? Inne zakłady? Właściciele z zagranicy, którzy kupili w Polsce zakłady, nie są zainteresowani znakowaniem polskiego surowca, gdyż wyjdzie, że w zakładach tych nie przerabia się polskiego surowca. Czy Danish Crown- największa na świecie spółdzielnia rolników produkujących wieprzowinę, a więc duńska spółdzielnia – po to kupiła zakłady w Sokołowie, największe polskie zakłady mięsne, żeby produkować wyroby z mięsa polskiego? Czy po to, żeby mieć kanał dystrybucji dla mięsa duńskiego? Chyba odpowiedź jest oczywista. Ale po to jest rząd – tym chciałbym zakończyć – żeby pilnować interesów ogólnonarodowych, także interesów państwa, a nie tylko poszczególnych grup interesów i różnych lobby, które mają coraz więcej do powiedzenia.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.