Artykuł dla czasopisma „Nowa Wieś Europejska”, wrzesień 2014

Użyteczni idioci

Jeszcze kilka miesięcy temu zapewne większość polskich rolników nie kojarzyła co znaczy słowo embargo. Teraz słowo to, odmieniane przez przypadki, bombarduje nas z mediów codziennie. Wszystko za sprawą embarga rosyjskiego na import artykułów rolno-spożywczych z Unii Europejskiej i innych krajów. Rosja nawet nie ukrywa motywów swoich działań. Jest to decyzja polityczna, mająca na celu zaszkodzenie krajom, które naraziły się Rosji popierając pro-zachodnie dążenia Ukrainy i które nie godzą się na terrorystyczne działania wspieranych przez Moskwę tzw. separatystów, mających za cel przyłączenie wschodniej Ukrainy do Rosji. Dla władz Rosji (tak było z resztą i w czasach carskich, i w czasach komunizmu) nie ma znaczenia, że szkodzą własnym obywatelom. Niedostatek różnych produktów i wzrost cen żywności w Rosji, dotykający przede wszystkim najbiedniejszych, przywódców rosyjskich mało interesuje. Urzędnicy Putina, a także powiązani z Kremlem oligarchowie, służby specjalne, milicja i wojsko się wyżywią – podobnie, jak mówił kiedyś o rządzie Jaruzelskiego „Goebbels stanu wojennego”, Jerzy Urban. Cóż, w Rosji prymat polityki nad interesem własnego narodu był i jest zasadą naczelną, i tylko głupcy mogli sądzić inaczej.

 Zakaz sprzedaży do Rosji owoców, warzyw, mięsa i innych grup towarów uderza w całą Unię. Jednak w sposób szczególnie dotkliwy szkodzi polskiemu rolnictwu, bo w ostatnich latach rządzące rolnictwem PSL właśnie w Rosji próbowało lokować część nadwyżek  polskiej żywności. Trzeba było być ślepym lub nie mieć wyobrażenia o uwarunkowaniach rynku rosyjskiego, absolutnie podporządkowanego polityce Kremla, uzależniając od niego część polskiego eksportu. Chyba, że inne czynniki decydowały o tym kierunku wymiany handlowej. Pamiętam, jak w 2007 roku, kiedy obowiązywało rosyjskie embargo na polskie mięso, ówczesna opozycja PO-PSL „wylewała kubły pomyj” na Prawo i Sprawiedliwość, twierdząc że gdybyśmy byli bardziej potulni, to Rosjanie łaskawie pozwoliliby na sprzedaż mięsa do Rosji. Jeździłem wtedy do Moskwy i pamiętam obraźliwe oceny polskiej żywności. Zdaniem moich odpowiedników w ministerstwie rolnictwa Federacji Rosyjskiej polskie mięso było śmierdzące, zepsute, mogące zatruć konsumentów rosyjskich. Nie słyszałem wtedy, by przedstawiciele PSL-u i Platformy bronili dobrego wizerunku polskiego rolnictwa. Ba, po przejęciu władzy w listopadzie 2007 roku nowy minister rolnictwa Marek Sawicki i inni przedstawiciele PSL twierdzili, że oni lepiej wiedzą jak rozmawiać z Rosjanami, że nie potrzeba informować i prosić o wsparcie Komisji Europejskiej,  jak my chcieliśmy. W ostateczności to właśnie Kanclerz Merkel, sprawująca wtedy prezydencję, wspólnie z Komisją Europejską, odblokowali u Rosjan rynek rosyjski na polskie mięso.  Do tej pory nie wiem, czy zachowanie „ludowców” było efektem utrwalonego po wojnie w „partii chłopskiej” syndromu raba (po rosyjsku niewolnika), wasala Moskwy, z przetrąconym przez komunistów kręgosłupem, czy może wynikiem jakichś powiązań z rosyjskimi służbami specjalnymi – „dorogimi towariszczami iż wielikoj Rossiji”. Coś było „na rzeczy”, ale wątpię by udało się wyjaśnić do końca rosyjskie powiązania partii chłopskiej. To czy ktoś jest sterowany, czy jest tylko „użytecznym idiotą” jest ważne, ale jedno i drugie dyskwalifikuje do kierowania państwem.

 Jeszcze na początku lipca minister Sawicki zapewniał, że nie będzie żadnego rosyjskiego embarga na polskie produkty rolne. A tu „masz babo placek”: towarzysze moskiewscy powiedzieli Europie „nie dopuskajetsja, zaprjeszczjeno” i wstrzymali import. Natychmiast zmienia się retoryka PSL-u. Do embarga słyszeliśmy, że wielki eksport do Rosji ratuje polskie rolnictwo. Że to zasługa PSL-u, który wykorzystując swoje, jak wspomniałem, dziwne znajomości, daje zarobić polskim sadownikom i rolnikom. Kiedy embargo stało się faktem, to słyszymy, że właściwie eksport polskiej żywności do Rosji był nieznaczący, raptem kilka procent, a sprawą najważniejszą jest szukanie nowych rynków zbytu.

Owszem, zgadzam się, że musimy szukać nowych krajów, które chciałyby kupować polską żywność, ale trzeba to było robić cały czas, a nie dopiero „kopać studnię, gdy ogień na dachu”. Przypomnę, że oddając władzę w 2007 roku, Prawo i Sprawiedliwość pozostawiło w ministerstwie rolnictwa program wysłania specjalnych radców rolnych do polskich ambasad w krajach najważniejszych dla interesów polskiego rolnictwa. Przeznaczyliśmy środki na etaty dla tych „emisariuszy” polskiego rolnictwa. Niestety, rząd PO-PSL nie chciał radców rolnych. Czy wtedy nie widział potrzeby pomagania polskiemu rolnictwu w zdobywaniu nowych rynków zbytu, czy uzależnianie od Rosji było ważniejsze? Czy ktoś poniesie odpowiedzialność za grzechy zaniedbania, a może wręcz działania szkodliwego dla Polski? W swej makiawelicznej propagandzie, mającej ogłupić Polaków, PSL posuwa się do absurdu. Nie tłumaczy się z odpowiedzialności za uzależnianie od rynku rosyjskiego, ale oskarża polskich polityków, w tym rządzącej Platformy Obywatelskiej, czyli swojego koalicjanta, a także opozycji ( dawaj po wsiech), że zaangażowanie Polski w sprawy Ukrainy było złe, bo rozsierdziło Władimira Władimirowicza Putina. To Kaczyński, Sikorski, Schetyna i inni, jeżdżąc na kijowski Majdan, sprowokowali Rosję. Zdaniem PSL-u najważniejsze, to siedzieć cicho w kącie, jak nas pouczał były Prezydent Francji Jacques Chirac. Wolna Ukraina, z którą dopiero można wyjaśnić meandry naszej wspólnej historii, w tym dramat rzezi wołyńskiej, nic nie znaczy. Nie liczy się polska racja stanu. Może lepiej by było, gdybyśmy na Bugu graniczyli z Imperium Rosyjskim, tym do niedawna tak miłym dla wielu „państwem przodującego proletariatu”?

Oczywiście, jestem absolutnie przekonany, że polscy rolnicy nie mogą być „kozłem ofiarnym” polityki rządu. Za skutki polityki wschodniej, której nie kwestionuję, nie mogą płacić polscy rolnicy.  Potrzebne są środki na odszkodowania dla producentów rolnych dotkniętych embargiem. Powinny pochodzić z budżetu Unii, wszak ponoć Polska jest krajem unijnym. Jednak żenująco słaba pozycja naszego kraju w UE sprawia, że dostaniemy tylko niewielką część tego, co powinno być przeznaczone na rekompensaty. Problem przerasta możliwości ministra rolnictwa, dlatego rozmowami z Komisją powinien  zająć się premier Tusk, ale on, jak widać, bardziej interesuje się posadami w Brukseli lub grą w piłkę, niż walką o należne nam rekompensaty. Czy znowu, tak jak w roku 2007, nasze interesy z Rosją załatwiać mają Niemcy?

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.