Wywiad dla dziennika „Nowości”

Bardzo wcześnie zaczął Pan działalność opozycyjną…
W IV klasie LO w Lipnie, w marcu 1980 roku w razem z kolegami zostaliśmy
zatrzymani przez Służbę Bezpieczeństwa  pod zarzutem kolportażu ulotek. Zdjęto nam
odciski palców, postraszono, że nie zdamy matury, ale dzięki
zdecydowanej postawie dyrektora szkoły, profesora Tadeusza Korszenia,
który powiedział, że nie przyłoży ręki do tego, aby nas usunąć z liceum,
zdaliśmy. Pojawienie się "Solidarności" w sierpniu 1980, kiedy
zaczynałem studia na bydgoskiej ATR dały nowe możliwości. Zaangażowałem
się w działalność NZS, z upoważnienia kolegów organizowałem gazetę
studencką, "Indeks", ostrą, antykomunistyczną, która wyjaśniała białe
plamy z historii Polski. Później, jako student II roku zostałem szefem
komisji uczelnianej NZS. Podczas strajku okupacyjnego na uczelni, byłem
szefem komitetu strajkowego. Odbierałem telefony z pogróżkami, że pod
budynkiem podłożone są bomby,  że będzie szturm ZOMO, a ja ponosiłem
odpowiedzialność za kilkuset studentów uczestniczących w strajku.
Prowadziłem w akademiku bibliotekę książek z drugiego obiegu.
Planowaliśmy wydać  "Archipelag Gułag" Sołżenicyna, co udało się
wcześniej kolegom w Toruniu. Stanisław Śmigiel przekazał przemycone z zagranicy
matryce, ale stan wojenny wszystko przekreślił. Przez parę dni się
ukrywałem, milicja i SB szukały mnie pod różnymi adresami. Zostałem
aresztowany w gospodarstwie rodziców, gdy pojechałem po ciepłą odzież.
Po przesłuchaniu esbek stwierdził :"Nie wiem, co z tobą robić, bo nie
byłeś taki ostry". Dzięki temu stwierdzeniu, a także faktowi, że więzienie w Potulicach było już pełne i trzeba byłoby mnie transportować dalej, do Strzebielinka, zadecydował, że wprowadzi się dozór milicyjny w miejscu zamieszkania. Codziennie przez około miesiąc  
przyjeżdżał gazik milicyjny, sprawdzać czy nie uciekłem z domu.
Stosunkowo małe koszty zapłaciłem za stan wojenny.

Ale te przeżycia zdecydowały o Pana politycznych wyborach…
Wcześniej ogromne wrażenie wywarła na mnie wizyta papieża w 1979 roku. Byłem na
uroczystościach w Gnieźnie, miałem kasety ze wszystkimi wystąpieniami
Jana Pawła II, również z tym z Placu Zwycięstwa w Warszawie, gdzie padły
słowa "Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi". Byłem
młodym chłopakiem, szukałem dla siebie wzorów, idei, dla których warto
żyć. Postawa mojego ojca i jego krytyczna ocena komunistów, oraz ich farbowanych koalicjantów z ZSL-u, także były dla mnie drogowskazem.
Po stanie wojennym kilka osób z bydgoskiego NZS-u zmuszono do wyjazdu za
granicę, inni byli zastraszani. W czasie strajku w marcu 1981 roku, w
napiętej sytuacji po wydarzeniach bydgoskich, po pobiciu Rulewskiego,
Łabentowicza i Bartoszcze, w obliczu ogólnopolskiego strajku
generalnego, przyszedł do mnie przerażony kolega i mówi: Krzysztof, ja
nie mogę zostać, ja się boję. Pytam: czego, przecież chyba nas nie pozabijają.
Nie, ja się chcę żenić, moja dziewczyna jest w ciąży, ja się boję, że tu
zginę. Teraz można to wspominać z dystansem, tym bardziej, że jako
studenci nie byliśmy działaczami szczególnie niebezpiecznymi dla władzy,
ale wtedy tego typu lęki były dość powszechne.
Uważam, że ci, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do obalenia
komunizmu, uczestniczyli w dobrej sprawie. Przy tym nie potępiam  
wszystkich należących do PZPR, jeśli potrafili później wyciągnąć
wnioski  i zmienić postępowanie. Wielu chciało trochę lepiej żyć, robić
jakąś karierę, a od pewnego poziomu była ona związana z członkostwem w
partii. To była droga bardzo wielu ludzi, również młodej inteligencji
technicznej. Oni również byli oszukiwani, manipulowani przez fachowców
od obróbki propagandowej. Dzisiaj przy pomocy mediów też urabiane jest społeczeństwo.

A chciał Pan zajrzeć do teczek?
 To jest dylemat. Wiem, że w IPN są teczki ludzi, którzy się dali
złamać. Którzy donosili na mnie, na moją przyszłą żonę Marlenę, na kolegów.
Chyba nie jestem do końca przekonany, że chciałbym wiedzieć, kto to był.
Ja się domyślam. Mam status osoby pokrzywdzonej i może kiedyś
zajrzę do tych materiałów, nie chcę jednak robić z tego żadnego użytku, aby
tych ludzi poniżyć. Bardzo negatywnie oceniam tylko tych, którzy robili
to dla pieniędzy, korzyści. Tym, których złamano, współczuję. Natomiast
wielkim błędem było to, że nie przeprowadzono od razu w Polsce lustracji
osób publicznych. Nie chodzi o to, żeby tych, którzy świadomie podjęli
współpracę z komunistycznymi służbami specjalnymi zamknąć do więzienia
czy w inny sposób szykanować, ale powinni mieć obowiązek ujawnienia
tego, jeśli chcieli pełnić funkcje publiczne.

Mogła tu zdecydować postawa Lecha Wałęsa, który zamiast wyłożyć kawę na
ławę, kluczył, lawirował, mówił półprawdy ?

Największy zawód jaki przeżyłem, dotyczy właśnie Lecha Wałęsy. Pochodzę
tak jak on spod Lipna, znałem jego rodzinę.  Dla mnie był bohaterem,
jako młody człowiek gotów byłbym za niego dać się zabić. A tu okazało
się, według absolutnie pewnych źródeł, że był współpracownikiem SB. W
jaki sposób go zwerbowano, czy wykorzystano jakieś jego słabości życiowe
– nie wiem. Natomiast mógł wówczas, gdy miał wyjątkowo silną pozycję w
Polsce i na świecie, był ikoną "Solidarności", laureatem nagrody Nobla,
najbardziej oprócz papieża rozpoznawalnym Polakiem, po prostu powiedzieć
prawdę.

Potraktowano by go  ze zrozumieniem?
Absolutnie zostałby zrozumiany i rozgrzeszony.  Gdyby powiedział, że
został jako młody człowiek zmuszony, uwikłany, podpisywał różne rzeczy,  
gdyby on się wtedy odważył, pozwoliłoby to wielu innym wytłumaczyć się z
tego okresu, przeprosić tych, na których donosili. Postawa Wałęsy,
pójście w zaparte, niszczenie dokumentów, wyjmowanie kompromitujących
materiałów z teczek, zaprzeczanie oczywistym zeznaniom świadków
doprowadziła do tego, że ci, którzy mieli coś za uszami  nie zostali zachęceni do wyjawienia prawdy i do tej pory ukrywają  przeszłość. Lech Wałęsa mógł być niekwestionowanym bohaterem narodowym, a zamiast tego niszczy swój autorytet, kompromituje się manipulowany przez środowisko dawnych służb i ich obecnej reprezentacji politycznej.

Jak wspomina Pan współpracę z prezydentem Lechem Kaczyńskim jako jego
doradca do spraw rolnictwa?

Prezydent Lech Kaczyński był człowiekiem z miasta, wiedzę o wsi i
rolnictwie musiał dopiero zdobywać. Był uważnym słuchaczem, miał
doskonałą pamięć i zdolność kojarzenia faktów. Przede wszystkim był
bardzo oddany Polsce. Za szczególnie ważną uważał solidarność społeczną.
Dziś mamy niewielką grupę bardzo bogatych, i coraz większą grupę
wykluczonych. Nie chodzi o chwilowy niedostatek, ale brak perspektyw  
dla kolejnego pokolenia. 64 procent młodych ludzi nie widzi dla siebie w
Polsce żadnych szans na godziwe życie i marzy o wyjeździe za granicę,
nawet do pracy na przysłowiowym zmywaku. Ci ludzie zostali tu
wykształceni, często za pieniądze publiczne, kosztem wyrzeczeń całej
rodziny. Jeżeli PiS dojdzie do władzy, to w sytuacji ogromnego
bezrobocia wśród młodzieży, pierwszą decyzją nowego sejmu, będzie
uchylenie ustawy o wydłużeniu do 67 lat wieku emerytalnego. Potrzebna
jest odbudowa przemysłu, potrzebna jest integracja Polaków wokół naszej
racji stanu. Nie wykorzystujemy szans, a one powoli mijają. Platforma
Obywatelska w jakiś sposób zdradziła Polskę. Donald Tusk kiedyś będzie
musiał odpowiedzieć za te 7 lat zaniedbań.

Cudem nie znalazł się Pan na pokładzie prezydenckiego samolotu lecącego
do Smoleńska na obchody 70 rocznicy zbrodni katyńskiej…

To wydarzenie, które rozpatruję w kategoriach opatrzności. Wizyta w Katyniu została zaplanowana na 10 kwietnia. Wszyscy zostali o tym powiadomieni na wiele miesięcy wcześniej. Zgłosiłem się w odpowiednim trybie jako członek delegacji prezydenta, zostały
spełnione wszystkie formalności, ale kilka dni przed lotem poproszono
mnie, abym ustąpił miejsca kombatantowi, generałowi Stanisławowi Nałęcz-
Komornickiemu. Zgodziłem się i pojechałem pociągiem. Kiedy czekaliśmy w
Katyniu na przylot tej drugiej grupy, zaczęły dzwonić telefony, od
krewnych i przyjaciół z Polski dowiadywaliśmy się o katastrofie. Moje
nazwisko, jako jednej z ofiar pojawiło się na pasku w telewizji, do żony
dzwoniono z kondolencjami. Szybko poprosiłem żonę, aby powiadomiła mamę,
by z telewizji nie dowiedziała się, że nie żyję. Już wtedy zaczęły się
dziwne zachowania Rosjan. Towarzyszyło nam wielu milicjantów i
ochroniarzy. Kiedy jeszcze nie było wiadomo, co się wydarzyło na
lotnisku Siewiernyj, oni już mówili, że nasi piloci cztery razy
podchodzili do lądowania, tak jakby ktoś im tę wypreparowaną informację
przekazał. Żyję i modlę się, by Najwyższy wskazał mi, co jeszcze w życiu mam do zrobienia.
Czuję się w obowiązku do końca życia robić wszystko,  żeby wyjaśnić, co
się tam wydarzyło. Bo nie wierzę w wersję, że ogromny samolot w miękkim
gruncie rozleciał się na 60 tysięcy części. Nie wierzę.

Źródło: "Nowości" z 23 maja 2014 r.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.