Wywiad dla APRY – Wydawcy polskiej prasy rolniczej, luty 2013

Warto wspierać odnawialne źródła energii, które dają nie tylko prąd, ale też pracę

OZE szansą dla wsi

Rozmowa z Janem Krzysztofem Ardanowskim, posłem, wiceministrem rolnictwa w rządzie PiS

 

W jakim kierunku zmierzają w Polsce odnawialne źródła energii?

W żadnym. A to dlatego, że nie ma żadnych decyzji, które przesądziłyby jaki model rozwoju OZE ma u nas obowiązywać. Pilnie trzeba coś w tej sprawie zrobić, ponieważ wkrótce zabraknie nam energii elektrycznej. Optymiści mówią, że blackout rozpocznie się w 2018 roku, pesymiści, że przerwy w pracy systemu elektroenergetycznego na dużych obszarach Polski czekają nas już w 2015 roku. Oczywiście, odnawialne źródła energii w polskich warunkach klimatycznych nie są w stanie zaspokoić całkowitego zapotrzebowania na energię, ale powinny być istotnym uzupełnieniem stabilizującym system elektroenergetyczny i zapewniającym wykorzystanie surowców, które daje nam przyroda.

Wydaje się, że branża OZE słabo walczy o „swoje”.

Wszystko stanęło w miejscu. Jedyne co widać, to działalność lobby wiatrowego, które oczekuje rozwoju dotowanej, a więc bardzo drogiej energetyki wiatrowej. W dodatku często nie licząc się z opinią społeczeństwa. Nie jestem przeciwnikiem wykorzystywania wiatru jako siły energetycznej, ale nie zgadzam się na lokowanie elektrowni wiatrowych bardzo blisko siedzib ludzkich, przy sprzeciwach lokalnej społeczności. Funduje się jej w ten sposób tylko niepotrzebne koszty, ponieważ za sprawą wiatraków spada wartość gruntów, a nawet pogarsza zdrowie, co w swoich analizach udowodniło Ministerstwo Zdrowia. Poza tym, na takich terenach o wiele trudniej, o ile to w ogóle możliwe, prowadzi się działalność pozarolniczą, np. agroturystykę, turystykę wiejską, czy hipoterapię. Dlatego nie widzę powodu, by państwo miało pozwalać na budowę elektrowni wiatrowych na obszarach wiejskich i wspierać je ze środków publicznych.

Ustawa o odnawialnych źródłach energii rodzi się w wielkich bólach już od czterech lat. Czy to wynika z niechęci rządu do OZE, czy braku pomysłu na rozwijanie tego sektora energii?

Gdybym był złośliwy, to powiedziałbym, że ten rząd nie ma pomysłu na nic. W lipcu 2012 roku wystąpiłem w sprawie ustawy o OZE z interpelacją do ministra gospodarki. Resort odpowiedział: pracujemy, pracujemy… Minęło półtora roku i jesteśmy w tym samym punkcie. Owszem, powstały kolejne projekty, ale tylko pogarszające warunki dla chcących inwestować w OZE. Były też udawane konsultacje społeczne. Przede wszystkim jednak trwa spór wewnątrz rządu, między ministerstwami, na co w ogóle w polskiej energetyce stawiać. Może w takiej sytuacji sprawę powinien przeciąć premier? Jeżeli do oczu skacze sobie minister gospodarki z ministrem środowiska, to ktoś powinien to przesądzić, ewentualnie przenieść debatę do parlamentu i tu w świetle kamer, wobec społeczeństwa podjąć decyzję? Nie można dreptać w miejscu.

Poprzednie projekty promowały tzw. energetykę prosumencką. Ostatni jest ewidentnym ukłonem w stronę koncernów energetycznych.

Dokładnie tak. Prosumentów ma się już w nosie. Tymczasem uważam, że rozwój energetyki prosumenckiej, a więc rozproszonej, opartej na odnawialnych źródłach energii byłby historyczną szansą dla obszarów wiejskich. Sprawiłby bowiem, że ogromna liczba podmiotów oraz osób prywatnych byłaby producentami prądu. Taki model funkcjonuje w wielu krajach, choćby w Niemczech, gdzie jest niemal 3 mln producentów prądu. Prawie w każdym gospodarstwie większe dachy pokryte są panelami fotowoltaicznymi. Rozwijają się biogazownie rolnicze. Jestem wielkim zwolennikiem energetyki prosumenckiej, ale u nas nic się w tej sprawie nie dzieje. Nawet jeżeli ktoś chce produkować energię, to nie ma warunków przyłączenia do sieci. A to konieczne, ponieważ rolnik nie jest w stanie zużyć we własnym gospodarstwie całości wyprodukowanej przez siebie energii. Państwo musi jednak stworzyć przepisy, w tak ważnej sprawie nie może być wolnej amerykanki. Dziwię się, że rządzący nie dostrzegają zalet energetyki prosumenckiej. Przecież przyniosłaby dodatkowe dochody, co jest szalenie ważne zwłaszcza na obszarach wiejskich, na których – wbrew propagandzie PSL o wielkich sukcesach – mnóstwo ludzi żyje w biedzie i szuka dodatkowego zarobku. Powstawałyby firmy, na przykład instalatorskie lub serwisujące. Trzeba też pamiętać, że energetyka prosumencka to odpowiedzialność obywatela za społeczeństwo i system energetyczny, bo ten, który w to wchodzi, wie, że także od niego zależy, czy inni będą mieli prąd. Oczywiście, zwolennicy wolnego rynku i leseferyści uważają, że należy pozwolić każdemu, by robił to co chce, bez ingerencji państwa w sferę ekonomiczną. Czy jest więc w ogóle sens wspierania energetyki odnawialnej? Tak, jeśli wiąże się to z pewną wartością dodaną, to znaczy poza produkcją energii, rozwiązuje jakieś problemy.

W tę koncepcję doskonale wpisują się biogazownie rolnicze.

W Niemczech biogazownie rolnicze są hitem. Jest ich już około siedem tysięcy. Tamtejsi gospodarze szybko zrozumieli, że biogazownie są uzupełnieniem, czy też przedłużeniem gospodarstwa lub grupy gospodarstw. Jeżdżąc do nich, często zadajemy niezbyt mądre pytanie: jak duża musi być biogazownia, żeby była opłacalna? Miałem okazję, jeszcze w czasach ministerialnych, wizytować biogazownię w Bawarii. Niemcy tłumaczyli wówczas, że instalacja ma być taka, jaka jest ilość substratu odpadowego produkowanego w gospodarstwie. Oczywiście, preferowane są większe biogazownie, dlatego jeśli gospodarstwo produkuje za mało odchodów zwierzęcych, to tworzy z innymi spółdzielnię lub spółkę, żeby zwiększyć podaż surowca. Do niej dopasowuje wielkość biogazowni, a nie odwrotnie. Biogazownie utylizują odpady z przetwórstwa, czy przemysłu rolno-spożywczego, a powstały w wyniku produkcji biogazu poferment jest doskonałym nawozem naturalnym. Dlatego warto wspierać biogazownie rolnicze, które poza produkcją energii właśnie coś więcej „załatwiają”.

Jakie jeszcze odnawialne źródła energii mogłyby rozwijać się na wsi?

Drugim, po biogazowniach rolniczych, systemem, który powinien być wspierany i wykorzystywany na obszarach wiejskich, jest fotowoltaika. Zdaję sobie sprawę z jej mankamentów. Nie mamy bowiem klimatu śródziemnomorskiego. Słońce świeci u nas słabiej, ale przecież tak jak w Niemczech, leżących na tej samej szerokości geograficznej. Trzeba jednak rozwijać fotowoltaikę na wsi z głową. To znaczy, panelami powinny być pokrywane powierzchnie dachów, na przykład kurników lub chlewni oraz nieużytki, a nie grunty uprawne, które będą potrzebne do produkcji żywności. Wiem, że odnawialne źródła energii są kwestionowane przez niektórych także z powodu swojej niestabilności. Faktycznie, wiatr raz wieje mocniej, raz słabiej, słońce nie zawsze świeci tak samo mocno. Dlatego energetyka konwencjonalna niezbyt przychylnie patrzy na OZE, uważając, że tylko jej przeszkadza. A powinna dostrzec także korzyści, choćby w postaci rozproszonej sieci, przynoszącej małe straty w przesyle prądu. Trzeba budować miks – łączyć „dużą” energetykę z OZE, zwłaszcza z energetyką prosumencką, czym szerzej pokrywającą Polskę, tym lepiej. Bardzo wielu Polaków myśli o inwestowaniu w odnawialne źródła energii, ale szkielet prawny, zasady funkcjonowania sieci przesyłowych i podłączania do nich, umowy i pewne gwarancje musi zapewnić rząd. A tak się, niestety, nie dzieje.

Wyręczyć Ministerstwo Gospodarki w przygotowaniu ustawy o odnawialnych źródłach energii chciał swego czasu SLD. Wycofał się jednak z tego pomysłu. Pod koniec stycznia swój projekt ustawy przedstawił natomiast Twój Ruch. Czy PiS również ma zamiar „pomóc” wicepremierowi Piechocińskiemu?

Nie mamy takich planów. Ale zależy nam na uregulowaniu kwestii stawiania wiatraków. Nie może już dłużej być dowolności w interpretowaniu przepisów, ogromnej patologii, korupcji, naginania prawa, a więc opracowywania analiz oddziaływania na środowisko przez osoby, którym zlecenie daje inwestor. To ostatnio główne problemy, z którym zwracają się ludzie do biur poselskich, także moich. Protesty przeciwko budowie elektrowni wiatrowych trwają w ponad 500 polskich gminach. Wójtowie dają się korumpować. Często naiwnie sądzą, że jeśli zgodzą się na kilka wiatraków, to podatki z nich uratują gminny budżet, a tym samym pozwolą wygrać kolejne wybory. To mrzonka. Prawdą natomiast jest, że wiele gmin jest dziś finansowo zarżniętych, przekraczają poziomy zadłużenia, nie mają pieniędzy na współfinansowanie w programach unijnych. Jednak większości nie uratują wiatraki. Co najwyżej utrudnią, a często nawet uniemożliwią rozwój dodatkowej działalności jej mieszkańcom. Nie sądzę jednak, żeby projekt PiS regulujący zasady budowania elektrowni wiatrowych, nawet najlepiej przygotowany, znalazł w Sejmie uznanie. Zasada jest bowiem prosta: zgłasza coś opozycja, w pierwszym czytaniu idzie to do koszta. Chyba że ze względu na dużą determinację społeczną, rząd projekt kieruje do dalszych prac w komisjach.

Rzadko się zdarza, żeby PiS i PO mówiły jednym głosem. Tymczasem premier Donald Tusk także stwierdził niedawno, że należy ograniczyć „inwazję wiatraków”. Powiedział również, że dobrze się stało, że projekt ustawy o OZE z 2012 roku nie został przyjęty, bo mielibyśmy dziś za dużo drogiej energii.

Dobrze, że ktoś mu to podpowiedział, bo nie sądzę, żeby było to przedmiotem jego głębokiej refleksji. Przyznaję, w tym sformułowaniu miał trochę racji. Musimy się zgodzić, że OZE jest energią droższą i konsumenci muszą za nią płacić. W różny sposób – albo w cenie kilowatogodziny, albo w cenie przesyłowej, lub też w innych opłatach. Jestem przeciwny przesuwaniu obciążeń na konsumentów i ładowaniu publicznych pieniędzy w kabzy wielkich producentów. Jeśli chcą inwestować, niech robią to z własnych środków. Inaczej sprawa wygląda w przypadku energetyki odnawialnej rozwiązującej problemy, na przykład polskiej wsi – w zakresie dodatkowych dochodów, miejsc pracy, rozwoju rynku usług. Wówczas warto ją wspierać z publicznej kasy i trochę bardziej obciążać konsumentów.

Po ostatnich wypowiedziach rządu widać też, że stawia on na tzw. czyste technologie węglowe, a OZE traktuje jako dodatek do nich. Jaką pozycję w miksie energetycznym powinny mieć, pana zdaniem, odnawialne źródła energii?

Istotną, ale nigdy nie będą miały dominującej. Nie możemy odejść od węgla, który jest naszym dobrem narodowym, którego 90 procent w Europie pochodzi z Polski. Nasza energetyka oparta jest głównie na węglu i jeżeli mielibyśmy z niego zrezygnować, polska gospodarka nie udźwignęłaby tego, a społeczeństwo nie sprostałoby znacznie wyższym kosztom energii elektrycznej. Chyba że realny jest pomysł wicepremiera Piechocińskiego o kupowaniu prądu z Niemiec lub Kaliningradu. Tylko w takim razie co my będziemy produkować? Na czym będzie oparta polska gospodarka? Jestem zwolennikiem czystych technologii węglowych, zgazowywania węgla w pokładach oraz odnawialnej energetyki prosumenckiej. Natomiast nie popieram rozwoju energii atomowej, od której odchodzą także Niemcy. Ale oni mają już alternatywę – właśnie OZE. Być może nawet nadmiernie rozwinięte, na przykład energetykę wiatrową. Chociaż po czasie idą po rozum do głowy i zaczynają zmniejszać liczbę farm wiatrowych. Jak więc ratować polski sektor elektroenergetyczny? Mamy dziś około 30 GW mocy, w ciągu następnych kilku lat potrzeba będzie kolejnych 5-6 GW. Tymczasem za chwilę zamkniętych zostanie kilka bloków energetycznych, ponieważ są już przestarzałe. A nowych się nie buduje. To znaczy, że kiedy nasz sektor elektroenergetyczny się zawali, wrócimy do łuczywa i jaskini?

A ja właśnie chciałam zapytać, jak będzie wyglądała energetyczna przyszłość Polski. Aż tak źle?

Mam jednak głęboką nadzieję, że będziemy umieli rozwiązać problemy energetyczne w oparciu o nasze zasoby. Że powstanie stosunkowo tani system mieszany, którego podstawą będą czyste technologie węglowe, uzupełnione o rozproszone sieci elektrowni gazowych oraz prosumencką energetyką odnawialną, która poprawi komfort życia na wsi.

Rozmawiała

Kamila Perkowska

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.