Artykuł dla czasopisma „Nowa Wieś Europejska”, marzec 2014

O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!
(…)Z dawna byłeś niebieskim oznajmiony cudem
I poprzedzony głuchą wieścią między ludem;
Ogarnęło Litwinów serca z wiosny słońcem
Jakieś dziwne przeczucie, jak przed świata końcem,
Jakieś oczekiwanie tęskne i radośne.

 

Adam Mickiewicz „Pan Tadeusz”

 

Tylko oni nie chcą chcieć

 

Zarówno wejście do Unii Europejskiej 1. maja 2004 roku jak i dziesięciolecie naszej tam obecności skłania do refleksji. Słabo już pamiętamy emocje, które towarzyszyły referendum akcesyjnemu i toczącym się wówczas sporom. Ówczesny podział na euroentuzjastów i eurosceptyków nadawał ton debacie publicznej. Zwolennicy, do których należała głównie polska lewica, widzieli same korzyści z integracji. Bezkrytycznie mitologizowali Unię, widząc tam dobrobyt, szczęśliwość społeczną i rozwiązanie wszystkich naszych problemów. Szczególnie hojnie obdarowanym beneficjentem miało być polskie rolnictwo i obszary wiejskie. Pamiętam ówczesne wypowiedzi polityków SLD i współpracujących z nimi ekonomistów, którzy jak mantrę powtarzali, jaka to finansowa „manna z nieba” trafi do polskich chłopów, jak zostaną wyregulowane poszczególne rynki, jaki to rozwój cywilizacyjny czeka polską wieś. Antyeuropejsko nastawieni pesymiści nie tylko nie upatrywali szans dla naszej ojczyzny, ale wręcz wieszczyli zniszczenie naszej kultury, tradycji, religii, wreszcie ekonomicznych podstaw naszej gospodarki. Wszystko co miało przyjść z Europy Zachodniej było, ich zdaniem, wielkim zagrożeniem dla Polski. Opierali się między innymi na dziesięcioletnim okresie stowarzyszeniowym Polski z UE, który dla wielu dziedzin gospodarki, w tym przede wszystkim dla rolnictwa, był bardzo trudny i często wyniszczający. Pod pozorem dostosowywania polskich przedsiębiorstw do standardów unijnych doprowadzono, trudno powiedzieć czy świadomie czy nieświadomie, do likwidacji wielu zakładów przetwórstwa rolno-spożywczego, do rabunkowej prywatyzacji, do oddania znacznych segmentów przemysłu w ręce obcego kapitału itd. Tłumaczono to wszystko koniecznością dostosowania się do wymogów Unii, brakiem kapitału polskiego, czy wreszcie szansą napływu nowych technologii do Polski.

Politycy chłopscy nabrali w tym czasie wody w usta. Mówili na okrągło, że nie wskazują jak głosować w referendum, że każdy powinien we własnym sumieniu podjąć decyzję, że trzeba przeanalizować potencjalne zyski i straty. Ja byłem wtedy, jako jeden z nielicznych rozpoznawalnych reprezentantów polskich rolników przekonany, że chociaż Unia Europejska nie jest i nigdy nie będzie panaceum na polskie problemy, to w tej określonej sytuacji historycznej nie mamy innego wyjścia. Polska ze względu na swoje położenie geopolityczne między Niemcami a Rosją musi szukać swoich szans w międzynarodowej strukturze polityczno-gospodarczej jaką jest Unia Europejska. Wydarzenia, które rozgrywają się na naszych oczach na Ukrainie, a wcześniej w Gruzji, w sposób wyjątkowo dobitny i bolesny potwierdzają historyczną konieczność ścisłej integracji ze światem zachodnim. „Wielki Brat” ze Wschodu nigdy nie odszedł od myśli o odbudowie „imperium zła”.

Wracając do nadziei związanych z Unią, myślę, że każdy rozsądny wiedział o wewnętrznych mechanizmach podejmowania unijnych decyzji, domyślał się dominującej roli Niemiec, a po części i Francji w kształtowaniu przyszłości Unii. Tylko naiwni mieli przekonanie, że deklarowana przez polityków solidarność europejska ma wpływ na politykę poszczególnych krajów , a nie jest tylko fasadą, pełną frazesów retoryką na potrzeby publiki europejskiej. Dlatego też byłem przekonany, że procesowi wchodzenia Polski do Unii Europejskiej musi towarzyszyć silna, wspólna dla wszystkich sił politycznych w Polsce, motywacja wzmacniania naszej pozycji proporcjonalnie do wielkości kraju, jego potencjału i liczby mieszkańców. Nie radość „głupiego Jasia”, któremu pozwolą zrobić zdjęcie z kimś z możnych Europy, czy ubogiego krewnego, antyszambrującego u bogatych kuzynów, ale twarda walka o nasze narodowe interesy powinna być celem wszystkich polskich polityków.

Po dziesięciu latach każdy musi odpowiedzieć sobie sam na cały czas aktualne pytania. Czy kraje Unii są solidarne, na przykład w kontekście Krymu lub problemów gospodarczych poszczególnych krajów, jak na przykład wystąpienie afrykańskiego pomoru świń /ASF? w Polsce i związanego z tym zakazu eksportu do Rosji, czy przedkładają swoje partykularne interesy nad interes wspólny? Czy trzeba było zniszczyć tak dużą część polskiego przemysłu nie uzyskując niczego w zamian? Bo chyba sieci supermarketów drenujących kieszenie polskich konsumentów nie są zapłatą za zniszczenie np. polskich stoczni i przemysłów z nimi związanych, czy oddania przemysłu rolno-spożywczego w obce ręce? Czy trzeba było oddać ponad 90 procent rynku usług bankowych bankom zagranicznym, zainteresowanym zyskiem, a nie rozwojem polskiej gospodarki? W efekcie takiej polityki bezrobocie zostaje w Polsce, a pieniądze przepływają do innych. Można by powiedzieć: Na co ci to było, Grzegorzu Dyndało. Ja jednak wierzę w Polaków i ich rozum. Jestem przekonany, że wiele spraw możemy naprawić. Trzeba jednak widzieć polską racje stanu i wyciągać logiczne wnioski, a nie, trawestując Wyspiańskiego, „Polacy mogli by dużo mieć, tylko oni nie chcą chcieć”.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.